Kiedy po śmierci córki zostałam sama: wojna o ostatnią decyzję
„Podpiszesz to po moim trupie” — syknął Paweł tak cicho, że aż mnie zmroziło.
Stałam pod ścianą na oddziale intensywnej terapii dziecięcej, w tej samej bluzie, w której przyjechałam do szpitala dwa dni wcześniej. Miałam na rękawie zaschniętą plamę po jogurcie Poli. Jeszcze rano myślałam, że wrócimy do domu, że dostanie antybiotyk, że najwyżej znowu posiedzimy pół nocy na SOR-ze jak tyle razy przy infekcjach. A kilka godzin później lekarz mówił do nas spokojnym, wyuczonym głosem, że doszło do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu po piorunującym zapaleniu opon.
Nie pamiętam połowy słów. Pamiętam tylko buczenie świetlówek i to, że teściowa ścisnęła różaniec tak mocno, aż pobielały jej knykcie.
Potem przyszła koordynatorka transplantacyjna. Delikatna, konkretna. Powiedziała, że wie, że to niewyobrażalne, ale że Pola mogłaby uratować inne dzieci. Serce, nerki, może wątrobę. Słuchałam jak przez wodę. I nagle pierwszy raz od wielu godzin poczułam, że w tym całym koszmarze jest jakiś sens. Jeden mały sens.
Powiedziałam: „Jeśli ona już nie wróci… to może chociaż ktoś inny wróci do domu”.
Paweł odwrócił się do mnie tak gwałtownie, jakbym ją zdradziła.
„O czym ty w ogóle mówisz?”
„O tym, żeby jej śmierć nie była tylko końcem”.
„Nie pozwolę kroić własnego dziecka”.
Słowo „kroić” uderzyło mnie jak policzek. Teść od razu wszedł między nas.
„Dajcie jej spokój, ona nie wie, co mówi. Jest w szoku”.
A ja właśnie wtedy byłam najbardziej przytomna od dwóch dni.
Nie jestem żadną bohaterką. Wcześniej też uciekałam od trudnych tematów. Jak Pola miała gorączkę i Paweł mówił, że panikuję, to odpuszczałam, żeby nie było awantury. Jak jego matka wciskała mi, że za lekko ją ubieram albo że przedszkole to siedlisko chorób, zaciskałam zęby. Nawet tej ostatniej nocy, kiedy Pola wymiotowała i zrobiła się dziwnie sztywna, dałam sobie wmówić, że przesadzam i że nie ma co dzwonić po karetkę, bo „na SOR-ze i tak będą czekać godziny”. Pojechaliśmy dopiero nad ranem, jak zaczęła odpływać.
I z tym też teraz żyję. Że może gdybym wtedy tupnęła nogą, darła się, wezwała karetkę bez pytania — byłaby ze mną.
Może dlatego tak się uparłam. Bo przy wszystkim wcześniej byłam za cicha.
W salce dla rodzin rozpętało się piekło. Teściowa płakała i powtarzała, że dziecko ma iść do Boga „w całości”. Teść chodził od okna do drzwi, jakby zaraz miał zwołać pół parafii. Paweł siedział z łokciami na kolanach i patrzył w podłogę.
Powiedziałam do niego:
„To też jest miłość. Możemy pomóc”.
„Miłość? Miłość to dać jej spokój”.
„Spokój? Ona nie cierpi. Rozumiesz? Już nie cierpi. Ale gdzieś jakieś dziecko może żyć”.
„Nie będę handlował ciałem córki!”
To było tak obrzydliwe, że aż mnie zatkało. Koordynatorka wyszła, bo widziała, że robi się źle. Zostaliśmy sami i wtedy teściowa powiedziała coś, czego chyba nigdy nie zapomnę.
„Prawdziwa matka nie oddaje dziecka obcym ludziom”.
Podeszłam do niej tak blisko, że czułam jej perfumy zmieszane ze szpitalem.
„Prawdziwa matka zrobi wszystko, żeby z tej śmierci zostało cokolwiek dobrego”.
Paweł wstał i trzasnął krzesłem.
„Przestań robić z siebie świętą, Milena. Jakbyś była taką matką, to byśmy przyjechali wcześniej”.
I to był cios poniżej pasa. Najgorsze jest to, że trafił dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej.
Nie krzyczałam już. Po prostu usiadłam. Patrzyłam na swoje dłonie i myślałam, że nasze małżeństwo właśnie się kończy obok łóżka naszego dziecka.
Ostatecznie nie doszło do pobrania. Bez jego zgody i przy tej całej awanturze lekarze nie chcieli tego ciągnąć. Pamiętam tylko, że podpisałam jakieś papiery związane z wypisem, zgonem, formalnościami, i miałam wrażenie, że urzędniczy świat działa normalnie, kiedy mnie się właśnie wszystko rozpadło. Potem pogrzeb, kwiaty, ksiądz, sąsiedzi z bloku, którzy mówili „trzymaj się” i szybko uciekali wzrokiem.
A po pogrzebie Paweł wyprowadził się do swoich rodziców. Oficjalnie „na trochę”. Minęły cztery miesiące.
Mieszkam sama w naszym dwupokojowym mieszkaniu na kredyt. Rata przyszła jak zawsze, prąd też, czynsz też. W pokoju Poli stoi łóżeczko, którego nie mam siły rozkręcić. W przychodni dostałam skierowanie do psychiatry na NFZ, termin za pół roku. Poszłam prywatnie, na raty bym chyba już wszystko brała, byle jakoś dociągnąć do kolejnego dnia.
Teściowa opowiada rodzinie, że chciałam „rozszarpać dziecko”. Moja własna matka mówi, żebym odpuściła, bo „ludzie różnie przeżywają żałobę”. Tylko że oni przeżywają ją razem, a ja zostałam z niej wykluczona. Jakbym nie miała prawa cierpieć, bo cierpię nie tak, jak oni uznali za słuszne.
Najgorsze, że czasem sama już nie wiem. Czy walczyłam o coś dobrego, czy tylko desperacko próbowałam zagłuszyć poczucie winy? Czy Paweł bronił naszej córki, czy siebie przed tym, że nic nie mógł zrobić?
Wiem tylko jedno: tamtego dnia nie straciłam tylko Poli. Straciłam też męża, rodzinę i miejsce, w którym mogłabym normalnie opłakać własne dziecko.
Powiedzcie mi szczerze — czy naprawdę przekroczyłam granicę, chcąc oddać organy córki, czy to oni ukarali mnie za to, że nie płakałam tak, jak sobie wyobrażali?
I czy po czymś takim da się jeszcze wrócić do siebie, czy już zawsze siedzi się po dwóch stronach tej samej trumny?