Zawsze mówiłam, że nie chcę opieki na starość: Teraz siedzę sama i marzę, żeby ktoś zapukał do drzwi

– Mamo, nie przesadzaj, przecież sobie poradzisz – usłyszałam w słuchawce głos mojej córki, Magdy. Siedziałam wtedy przy kuchennym stole, patrząc na pusty talerz po śniadaniu. Wokół mnie panowała cisza, którą kiedyś tak ceniłam, a dziś była jak ciężka kołdra, przygniatająca do ziemi.

Przez całe życie powtarzałam, że nie chcę być ciężarem. Nie chciałam, żeby dzieci musiały się mną opiekować, żeby musiały rezygnować ze swoich marzeń, bo matka jest stara i potrzebuje pomocy. Byłam dumna ze swojej samodzielności. Kiedy miałam trzydzieści lat, dwójkę dzieci i męża, który znikał na całe dnie w pracy, potrafiłam wstać o piątej rano, zrobić śniadanie, wyprawić dzieci do szkoły, pojechać do pracy, potem zakupy, obiad, pranie, sprzątanie. Byłam jak maszyna. Działałam.

– Jak kiedyś będę stara, nie chcę, żebyście się mną zajmowali – powtarzałam dzieciom, kiedy były jeszcze małe. – Macie żyć swoim życiem. Ja sobie poradzę.

Teraz, kiedy mam siedemdziesiąt dwa lata, siedzę sama w tym samym mieszkaniu, w którym kiedyś tętniło życie. Magda mieszka w Gdańsku, ma własną rodzinę, pracę, dzieci. Tomek wyjechał do Anglii, rzadko dzwoni, a kiedy już to robi, rozmowa jest krótka, pełna uprzejmych fraz, ale bez głębi.

Czasem łapię się na tym, że czekam na dźwięk telefonu, na wiadomość, na cokolwiek. Ale przecież sama tego chciałam, prawda? Sama mówiłam, że nie chcę być ciężarem. Sama nauczyłam dzieci, że matka sobie poradzi.

Wczoraj wieczorem, kiedy siedziałam przy oknie i patrzyłam na światła ulicy, przypomniałam sobie rozmowę sprzed lat. Magda miała wtedy może dwanaście lat. Przyszła do mnie z płaczem, bo pokłóciła się z koleżanką. Usiadła mi na kolanach, wtuliła się i powiedziała: – Mamo, nigdy mnie nie zostawiaj. Obiecałam jej wtedy, że zawsze będę przy niej, choć w głębi duszy wiedziałam, że życie jest nieprzewidywalne.

Teraz to ja czuję się zostawiona.

Czasem próbuję tłumaczyć sobie, że dzieci mają swoje życie, swoje problemy, swoje rodziny. Ale kiedy wieczorem gaszę światło i kładę się do łóżka, czuję, jak samotność ściska mnie za gardło. Próbuję czytać książki, oglądać telewizję, ale to tylko chwilowa ucieczka. Najgorzej jest rano, kiedy budzę się i wiem, że nikt nie zapyta, jak spałam, nikt nie poprosi o śniadanie, nikt nie powie: „Mamo, kocham cię”.

Kilka dni temu spotkałam na klatce sąsiadkę, panią Zofię. Ma osiemdziesiąt lat, mieszka z córką i wnukami. Zawsze narzekała, że nie ma chwili spokoju, że wszyscy czegoś od niej chcą. Teraz patrzyłam na nią z zazdrością. – Pani Aniu, jak pani sobie radzi sama? – zapytała. Uśmiechnęłam się, jak zawsze, i odpowiedziałam: – Dobrze, radzę sobie. Ale w środku czułam, że kłamię.

Wieczorem zadzwoniła Magda. – Mamo, wszystko w porządku? – zapytała, jakby coś przeczuwała. Chciałam jej powiedzieć, że nie, że nie radzę sobie, że jest mi źle, że tęsknię. Ale głos ugrzązł mi w gardle. – Tak, kochanie, wszystko dobrze – odpowiedziałam. – Nie martw się mną.

Po rozmowie długo płakałam. Przypomniałam sobie, jak kiedyś byłam dumna z tego, że potrafię wszystko sama. Teraz ta duma stała się moją klatką.

Czasem myślę, że gdybym wtedy, kiedy dzieci były małe, pozwoliła sobie na słabość, na to, żeby poprosić o pomoc, może dziś byłoby inaczej. Może dzieci wiedziałyby, że matka też potrzebuje wsparcia, że nie zawsze jest silna. Może nie bałyby się zadzwonić, zapytać, przyjechać.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z dawnych lat, Basia. – Anka, spotkajmy się, pogadajmy, co ty na to? – zaproponowała. Przez chwilę wahałam się, bo przecież nie lubię narzekać, nie chcę być ciężarem nawet dla przyjaciółki. Ale potem pomyślałam: a może warto spróbować? Może warto otworzyć się na ludzi, nawet jeśli to trudne?

Dziś rano wstałam wcześniej niż zwykle. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy oknie i patrzyłam na budzące się miasto. Przypomniałam sobie słowa mojej mamy: – Aniu, nie bój się prosić o pomoc. Każdy czasem jej potrzebuje. Wtedy nie rozumiałam, dziś wiem, jak bardzo miała rację.

Czasem słyszę kroki na klatce schodowej i mam nadzieję, że ktoś zapuka do moich drzwi. Może Magda, może Tomek, może sąsiadka. Czasem marzę, żeby ktoś po prostu był.

Czy naprawdę duma jest ważniejsza od bliskości? Czy warto przez całe życie udawać silną, jeśli na końcu zostaje się samemu? Może lepiej czasem poprosić o pomoc, przyznać się do słabości, zanim będzie za późno? Co wy o tym myślicie?