Teściowie przepisali dom na młodszą córkę. Od tamtej pory zerwałam z nimi kontakt. Czy naprawdę rodzina może być aż tak niesprawiedliwa?

– Naprawdę to zrobili? – zapytałam, patrząc na Marka, który siedział przy stole z pustym wzrokiem, jakby nagle ktoś wyciągnął z niego całą energię. W kuchni pachniało jeszcze obiadem, ale atmosfera była ciężka jak nigdy. Wiedziałam, że coś się wydarzyło, bo od rana chodził spięty, a telefon od jego matki tylko dolał oliwy do ognia.

– Tak, mama powiedziała, że dom jest już przepisany na Kasię – odpowiedział cicho, nie patrząc mi w oczy. – Podobno „tak będzie sprawiedliwie”.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Przecież tyle razy pomagaliśmy teściom, remontowaliśmy ten dom, poświęcaliśmy urlopy, żeby wszystko było na tip-top. Marek zawsze powtarzał, że to nasza przyszłość, że kiedyś będziemy mogli tam zamieszkać albo przynajmniej mieć pewność, że dzieci będą miały gdzie przyjeżdżać na wakacje. A teraz? Wszystko przepadło jednym podpisem.

– A co z tobą? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista. – Przecież jesteś ich synem. Pracowałeś tam, dbałeś o wszystko…

Marek wzruszył ramionami. – Mama powiedziała, że Kasia jest młodsza, jeszcze nie ma własnego mieszkania, a my już mamy swoje. Że „nam się powodzi”.

Poczułam, jak narasta we mnie złość. To nie była kwestia pieniędzy. To była kwestia szacunku. Przez lata starałam się być dobrą synową, pomagałam, gotowałam na święta, znosiłam docinki teściowej o mojej pracy i wychowaniu dzieci. Wszystko po to, żeby utrzymać rodzinę w całości. A teraz? Jeden podpis i wszystko się rozsypało.

Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Marek próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że sam jest rozbity. – Może przesadzamy? – powiedział cicho. – Może rzeczywiście Kasia bardziej potrzebuje tego domu?

– A ty? – zapytałam ostro. – Ty nie zasługujesz na nic? Twoja praca, twoje poświęcenie, nasze wspólne lata? To wszystko się nie liczy?

Nie odpowiedział. Widziałam, że walczy ze sobą. Zawsze był lojalny wobec rodziny, nawet kiedy matka traktowała go jak powietrze, a ojciec wymagał od niego więcej niż od Kasi. Zawsze był „tym starszym”, który „sobie poradzi”.

Przez kolejne dni nie mogłam znaleźć sobie miejsca. W pracy byłam rozkojarzona, w domu chodziłam jak cień. Dzieci pytały, kiedy pojedziemy do dziadków, a ja nie wiedziałam, co im odpowiedzieć. Nie chciałam, żeby czuły się niechciane, ale nie mogłam udawać, że nic się nie stało.

W końcu zadzwoniła teściowa. – Aniu, nie przesadzajcie. Przecież wy macie swoje życie, a Kasia musi się jeszcze ustatkować. To tylko dom. – Jej głos był chłodny, jakby rozmawiała z obcą osobą.

– To nie jest „tylko dom”, mamo – odpowiedziałam, starając się nie płakać. – To lata naszej pracy, nasze wspomnienia, nasze nadzieje. Czy naprawdę nie widzisz, jak bardzo nas to boli?

– Przesadzasz. Zawsze byłaś przewrażliwiona – rzuciła i rozłączyła się.

Tego wieczoru podjęłam decyzję. Nie pojadę już więcej do teściów. Nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Marek próbował mnie przekonać, żebyśmy dali im czas, ale ja nie potrafiłam. Czułam się zdradzona, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca.

Minęły tygodnie. Kasia wprowadziła się do domu, zaczęła remontować po swojemu. Teściowie chwalili się wszystkim na Facebooku, wrzucali zdjęcia, jakby chcieli nam udowodnić, że podjęli słuszną decyzję. Marek coraz częściej zamykał się w sobie, unikał rozmów o rodzinie. Dzieci przestały pytać o dziadków.

Pewnego dnia spotkałam Kasię w sklepie. Uśmiechnęła się sztucznie, jakby nic się nie stało. – Aniu, nie bądź zła. Przecież to nie moja wina. Rodzice tak zdecydowali. Ty zawsze miałaś wszystko poukładane, a ja…

– A ty co? – przerwałam jej. – Myślisz, że to jest sprawiedliwe? Że można tak po prostu przekreślić lata wspólnej pracy, rodzinnych świąt, rozmów?

Kasia spuściła wzrok. – Nie wiem. Może masz rację. Ale ja też chciałam mieć coś swojego.

Wyszłam ze sklepu z poczuciem pustki. Zrozumiałam, że nie chodzi tylko o dom. Chodzi o to, że przez całe życie byłam „tą silną”, która nie potrzebuje niczyjej pomocy. A kiedy w końcu poczułam się częścią rodziny, zostałam odrzucona.

Marek próbował naprawić relacje, ale teściowie byli nieugięci. – Aniu, nie możesz się tak obrażać – powtarzała teściowa przez telefon. – Rodzina to rodzina, trzeba się wspierać.

Ale czy naprawdę rodzina powinna wspierać tylko wybranych? Czy więzy krwi są ważniejsze niż sprawiedliwość i szacunek? Czasem myślę, że lepiej być samodzielnym i nie oczekiwać niczego od nikogo. Ale czy to znaczy, że nie zasługujemy na uczciwość i równe traktowanie?

Patrzę na Marka i widzę, jak bardzo go to boli. Widzę, jak bardzo chciałby, żeby wszystko wróciło do normy. Ale wiem, że już nigdy nie będzie tak samo. Zastanawiam się, czy można jeszcze odbudować zaufanie, kiedy raz zostało tak brutalnie zniszczone. Czy naprawdę rodzina może być aż tak niesprawiedliwa? Czy to ja jestem zbyt dumna, czy to oni zapomnieli, co znaczy być rodziną?