Chciałem ukarać Lilianę za to, kim się stała po awansie. Zostałem sam jak palec.

— Znowu to kupiłeś? — Liliana trzasnęła torbą o podłogę, nawet nie zdejmując płaszcza. — Marcin, czy ty w ogóle myślisz?

Stałem z siatką w ręku jak idiota. Chleb, mleko, coś dla niej na kolację. Zwykły dzień. A jednak w jej oczach wszystko było dowodem mojej „nieudolności”.

— Liliana, przecież prosiłaś… — zacząłem.

— Prosiłam? Ja muszę cię prosić o podstawy? — prychnęła. — W banku ludzie ogarniają miliony, a ja w domu mam… to.

„To”. Tak o mnie mówiła. O mężu.

Po awansie zmieniła się w kogoś, kogo nie poznawałem. Kiedyś cicha, spokojna, trochę nieśmiała. Teraz: drażliwa, złośliwa, wymagająca. Niby „pewna siebie”. Niby „silna”. Tylko że ta siła zawsze lądowała na mnie.

— Skąd nagle tyle pretensji? Wcześniej wszystko było w porządku — powiedziałem kiedyś.

Uśmiechnęła się wtedy krzywo.

— Wcześniej to ja byłam głupia. Teraz widzę. Widzę, ile ty zarabiasz. Widzę, jak wyglądasz. Widzę, że inni mężczyźni potrafią.

„Inni”. To słowo wbijało mi się pod skórę.

W niedzielę u mojej mamy też nie odpuściła.

— Liliana, zjedz jeszcze sernika — zaproponowała mama.

— Sernik? Pani Haniu, ja nie jem takich rzeczy — Liliana rozejrzała się po stole, jakby był brudny. — Marcin też nie powinien. Ale on się nie umie pilnować.

Mama zamilkła. A ja poczułem, jak wszyscy patrzą. Ciotka, wujek, kuzynka. W Polsce każdy wie lepiej, jak powinno wyglądać małżeństwo. A jak nie wygląda, to się to komentuje szeptem.

Po powrocie do domu powiedziałem jej:

— Upokorzyłaś mnie przy mojej rodzinie.

— Nie dramatyzuj — rzuciła, zdejmując biżuterię. — Jakbyś był mężczyzną, to byś to uniósł.

To wtedy pierwszy raz przeszło mi przez głowę: „Ukarzę ją”. Nie pięścią. Nie krzykiem. Ciszą.

Plan był prosty i dziecinny. Przestanę się starać. Nie będę dopytywał, co u niej. Nie będę robił zakupów, nie będę odbierał jej z pracy, nie będę ratował, gdy się spóźnia. Niech zobaczy, jak to jest, gdy zostaje sama z tym swoim bankowym światem.

Zacząłem w poniedziałek.

— Marcin, możesz podjechać po mnie? — zadzwoniła wieczorem. — Mam spotkanie, późno wyjdę.

— Nie mogę — skłamałem, patrząc w ścianę. — Jestem zajęty.

Chwila ciszy.

— Aha. No tak. Zawsze zajęty, kiedy trzeba.

Rozłączyła się.

Wróciła po północy. Weszła cicho, ale w kuchni i tak usłyszałem, jak stawia klucze.

— Taksówka kosztowała prawie sto złotych — powiedziała lodowato.

— Przykro mi — odparłem.

— Tobie? Tobie jest przykro? — zaśmiała się krótko. — Marcin, ty nawet nie potrafisz udawać.

Następnego dnia nie ugotowałem obiadu. Trzeciego nie posprzątałem. Czekałem na jej wybuch. Na prośbę. Na „Marcin, porozmawiajmy”.

Zamiast tego dostałem wiadomość: „Nie wrócę dziś na noc. Mam szkolenie.”

Potem kolejna: „Zostanę u Ani.”

Ania była jej koleżanką z banku. Ta, co zawsze miała idealny makijaż i mówiła do mnie „pan Marcin”, jakbym był kimś obcym.

W piątek Liliana przyszła po rzeczy. Bez emocji. Bez łez.

— Co ty robisz? — zapytałem, stojąc w drzwiach sypialni.

— Porządkuję życie — odpowiedziała, wkładając kosmetyczkę do walizki. — Ty chciałeś ciszy, to ją masz.

— Chciałem, żebyś zrozumiała — wyszeptałem.

— Ja zrozumiałam dawno — odwróciła się wreszcie. — Że ty mnie nie dogonisz.

To było jak policzek, tylko bez dotyku.

— A małżeństwo? — wydusiłem. — Przysięga?

Liliana wzruszyła ramionami.

— Przysięga nie płaci rachunków. I nie daje szacunku.

Wyszła. Drzwi zamknęły się cicho. Najgorzej, że cicho.

Przez pierwszy tydzień jeszcze udawałem dumnego. Siedziałem w mieszkaniu i powtarzałem sobie: „Nie będę dzwonił. Niech ona pierwsza.”

Drugiego tygodnia mama przyszła z rosołem.

— Marcin, co się dzieje? — zapytała, patrząc na moje nieogolone policzki.

— Pokłóciliśmy się — skłamałem.

— Ludzie gadają — powiedziała cicho. — Że Liliana teraz taka pani. Że ty… no wiesz.

— Że jestem nikim — dopowiedziałem.

Mama zacisnęła usta.

— Małżeństwo to nie wyścig — rzuciła. — Ale ty też się pogubiłeś. Zamiast rozmawiać, to co? Karałeś ją?

Zamilkłem. Bo trafiła.

Tydzień później spotkałem Lilianę przypadkiem pod bankiem. Wyszła z grupą ludzi. Śmiała się. Głośno. Pewnie. Obok niej szedł Paweł — też z banku, znałem go z jednego firmowego spotkania. Mówił do niej coś na ucho. A ona dotknęła jego ramienia, jakby to było normalne.

Zobaczyła mnie. Na sekundę. I odwróciła wzrok, jakbym był plamą na chodniku.

Wróciłem do domu i pierwszy raz od dawna rozpłakałem się na głos. Nie elegancko. Nie po męsku. Po prostu jak człowiek, któremu coś pękło.

Chciałem ją ukarać. Chciałem, żeby poczuła brak. A wyszło tak, że to ja okazałem się nikomu niepotrzebny. Ani jej, ani jej nowemu światu. Nawet mojej dumie.

Dziś mieszkam sam. Na stole stoi jeden talerz. W szafie wiszą moje koszule i jej zapach, którego nie umiem wyrzucić. Czasem ktoś mówi: „Weź się w garść, Marcin”. W Polsce to takie proste zdanie, jak plaster na złamaną kość.

A ja myślę tylko o tym, że gdyby wtedy, w tej kuchni, zamiast ciszy powiedzieć: „Boli mnie to”, może jeszcze by tu była.

Czy naprawdę trzeba kogoś stracić, żeby nauczyć się mówić prawdę na czas? I gdzie jest granica między dumą a miłością?