Noc, kiedy straciłam Zosię: Wyznania babci rozdartej między winą a przebaczeniem

— Helena, czy ty w ogóle słyszysz, co do ciebie mówię?! — głos mojej córki, Magdy, przeszył ciszę nocy jak nóż. Stałam w kuchni, trzymając w rękach kubek z herbatą, który drżał tak bardzo, że kilka kropel spadło na blat. Za ścianą spała Zosia — moja wnuczka, moje oczko w głowie.

To był zwykły wieczór. Magda i jej mąż mieli wyjść na rocznicową kolację. Zosia została ze mną, jak setki razy wcześniej. Miałyśmy swoje rytuały: kakao, bajka o Bolku i Lolku, potem wspólne czesanie włosów. Zosia śmiała się, gdy próbowałam zrobić jej warkocza — zawsze wychodził krzywo. „Babciu, ty to masz dwie lewe ręce!” — śmiała się, a ja udawałam obrażoną.

Ale tej nocy wszystko się zmieniło. Około północy obudził mnie jej płacz. Wbiegłam do pokoju — Zosia była rozpalona, jej czoło płonęło. „Babciu, boli mnie brzuszek…” — jęknęła cicho. Przypomniałam sobie, że przed snem zjadła dwa kawałki sernika. Może to tylko niestrawność? Dałam jej wodę, pogłaskałam po głowie. „Zaraz przejdzie, kochanie” — powiedziałam, choć sama nie byłam tego pewna.

Godzina druga w nocy. Zosia wymiotuje, trzęsie się z zimna i gorąca jednocześnie. Dzwonię do Magdy — nie odbiera. Dzwonię do pogotowia. Czekam wieczność na sygnał karetki. W głowie kołacze mi się myśl: „To moja wina. Powinnam była wcześniej zadzwonić.”

W szpitalu lekarze biegają wokół nas. Słyszę słowa: „sepsa”, „stan krytyczny”, „proszę czekać na korytarzu”. Magda wpada do szpitala zapłakana, rzuca mi spojrzenie pełne oskarżenia. „Dlaczego nie zadzwoniłaś od razu?! Dlaczego nie zauważyłaś?!”

Nie wiem, co powiedzieć. Czuję się jak dziecko przyłapane na czymś strasznym. Chciałabym cofnąć czas, zrobić wszystko inaczej. Ale nie mogę.

Zosia walczy o życie przez trzy dni. Modlę się w szpitalnej kaplicy, obiecuję Bogu wszystko: że będę lepsza, że już nigdy nie zostawię jej samej nawet na chwilę. Ale Bóg milczy.

Trzeciego dnia lekarz wychodzi z sali intensywnej terapii i spuszcza wzrok. Magda krzyczy, ja osuwam się na podłogę. Zosia odchodzi cicho, jakby nie chciała nikomu sprawiać kłopotu.

Pogrzeb jest mglisty jak sen. Ludzie mówią mi: „To nie twoja wina”, „Zrobiłaś wszystko, co mogłaś”. Ale ja wiem swoje. Każdego ranka budzę się z myślą: „Gdybym tylko…”.

Magda przestaje ze mną rozmawiać. Unika mnie, nie odbiera telefonów. Wnuk Franek patrzy na mnie z lękiem — jakby bał się, że i jego zawiodę. Mój mąż Jan próbuje mnie pocieszać: „Helenko, to był wypadek…”, ale jego słowa odbijają się ode mnie jak groch o ścianę.

Mijają tygodnie. W domu panuje cisza tak gęsta, że można ją kroić nożem. Przestaję gotować obiady, przestaję wychodzić na spacery do parku Jordana — tam chodziłyśmy z Zosią na lody.

Pewnego dnia Magda staje w moich drzwiach. Ma zapuchnięte oczy i trzyma w rękach zdjęcie Zosi. Siadamy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.

— Mamo — zaczyna cicho — ja nie umiem ci wybaczyć… Ale wiem też, że Zosia by tego chciała.

Patrzę na nią przez łzy.

— Przepraszam cię, Magdo… Przepraszam za wszystko…

Milczymy długo. W końcu Magda ściska moją dłoń.

— Może kiedyś…

To „może” daje mi cień nadziei.

Dziś mijają dwa lata od tamtej nocy. Nadal budzę się z poczuciem winy, ale uczę się żyć z bólem. Czasem słyszę śmiech Zosi wśród dzieci bawiących się pod blokiem i wtedy czuję ukłucie w sercu.

Czy można sobie wybaczyć coś takiego? Czy matka i córka mogą odnaleźć drogę do siebie po takiej tragedii? A może są winy, których nigdy nie da się odpokutować?