Ciągle ratowałam Pawła, aż Kasia powiedziała mi coś, czego nie umiałam już wyprzeć

– Mamo, ty go po prostu utrzymujesz – powiedziała Kasia i położyła mi na stole wydruk z BLIKA. – I jeszcze masz czelność mówić, że robisz to dla dzieci.

Tak to się zaczęło w sobotę rano, przy herbacie, która mi wystygła, bo ręce mi się trzęsły. Paweł dzień wcześniej znowu dzwonił. Że Zuzia ma zapalenie oskrzeli, że czynsz za mieszkanie w Radomiu nieopłacony, że przedszkole czeka do poniedziałku, a Magda płacze. Dałam mu 1800 zł. Nie pierwszy raz. Nie dziesiąty.

Kasia siedziała naprzeciwko i patrzyła na mnie tak, jakbym była obcą osobą.

– To są moje pieniądze – powiedziałam. – I mój syn.

– A ja jestem kim? Sąsiadką? – odparła od razu. – Jak ja brałam kredyt na remont po zalaniu, to usłyszałam: „musisz sobie radzić”. A Paweł? Paweł zawsze ma jakiś dramat i zawsze dostaje.

Zabolało, bo to nie było do końca fair. Kasi pomagałam przy wnuku, woziłam go na angielski, siedziałam z nim po chorobach, gotowałam. Ale ona miała rację w jednym: pieniędzy jej nie dawałam. Bo ona pracuje w urzędzie gminy, mąż też pracuje, jakoś ogarniają. A Paweł… z Pawłem zawsze było „na chwilę”.

Najpierw mówił, że w firmie transportowej ucięli mu premie. Potem, że Magda straciła pracę w drogerii. Potem, że dzieci rosną, wszystko drożeje. No i ja to rozumiałam. Sama jestem po emeryturze po trzydziestu paru latach w szkole, wiem, ile kosztuje życie. Jak słyszałam w słuchawce jego głos: „Mamo, tylko do pierwszego”, to mnie ściskało.

Kasia stuknęła palcem w kartkę.

– Wiesz, co to jest? Potwierdzenie przelewu. Od cioci Basi do mnie, bo pożyczyłam jej na leki. A obok screen od Magdy. Sama mi wysłała przez pomyłkę, chyba miała do koleżanki. Napisała: „Twoja teściowa znowu przelała, to zamknij chwilówki i nic jej nie mów o karcie”.

Poczułam, jak mi robi się gorąco.

– Jakiej karcie?

Kasia milczała chwilę, potem powiedziała ciszej:

– Mamo, Paweł ma kartę kredytową, o której ci nie mówi. I nie tylko rachunki spłacasz. Ty łatasz coś większego.

Od razu zaczęłam Pawła bronić. Że może wziął, bo musiał, że może jedna rata, może lodówka, może dzieci. Że Magda też święta nie jest, bo wiecznie niezadowolona, bo może ona naciska. Sama słyszałam, jak na niego syczała przez telefon.

Ale już nie umiałam spokojnie siedzieć. Zadzwoniłam do niego przy Kasi.

– Paweł, przyjedź. Dzisiaj.

Przyjechał po godzinie, sam. Nerwowy, spocony, od progu wiedziałam, że coś jest nie tak.

– Co się stało? – spytał. – Znowu Kasia coś nagadała?

– Siadaj – powiedziałam. – I powiedz mi prawdę.

Kasia od razu weszła ostro:

– Ile masz długu?

– Odbiło ci? – rzucił do niej.

– Pawle – powiedziałam. – Jaką kartę spłacam nieświadomie?

Patrzył raz na mnie, raz na nią. W końcu usiadł i schował twarz w dłoniach.

– Dwadzieścia trzy tysiące.

Myślałam, że się przesłyszałam.

– Ile?

– No dwadzieścia trzy. Ale to nie tak, jak myślicie.

Kasia prychnęła.

– Zawsze nie tak.

I wtedy zaczęło wychodzić. Że były chwilówki, ale częściowo spłacone. Że karta kredytowa. Że brał zaliczki w pracy. Że raz zastawił obrączkę, potem wykupił. Że Magda wie, ale nie wszystko. Ja siedziałam i tylko pytałam: „na co?”, „na co?”, „na co?”.

Część była normalna. Czynsz, przedszkole, dentysta dla młodego, rata za samochód, bo bez auta nie dojechałby pod Warszawę do roboty. Ale potem usłyszałam o zakładach bukmacherskich.

Dosłownie mnie zatkało.

– Ty grasz? – powiedziałam. – Ty?

– Już nie gram.

– A grałeś za moje pieniądze?!

– Nie za twoje! – wrzasnął. – Najpierw próbowałem odrobić! Jak już brakowało, to brałem od ciebie na życie, żeby dzieci miały normalnie!

Kasia wstała tak gwałtownie, że krzesło się przesunęło.

– Słyszysz siebie? „Odrobić”. Jak hazardzista z telewizji.

– Zamknij się chociaż raz! – odkrzyknął. – Ty zawsze idealna, ty wszystko wiesz. Tobie teść dał działkę, mąż zarabia, to łatwo gadać.

I tu był ten moment, kiedy nagle już nikt nie był czysty. Bo to też była prawda. Kasia ma łatwiej. Mówi, że wszystko sami, ale jednak dostali pomoc od rodziców męża. A Paweł od lat wynajmuje, ciągle pod górkę. Tylko że to nie zmieniało tego, co zrobił.

Myślałam, że to koniec niespodzianek, ale nie. Po godzinie przyjechała Magda, bo Paweł do niej zadzwonił. Weszła zapłakana i od razu do mnie:

– Proszę pani, ja wiem, że pani mnie nie lubi, ale ja już nie daję rady.

Nigdy jej specjalnie nie lubiłam, to fakt. Zawsze miałam wrażenie, że patrzy, co kto ma. Ale wtedy zobaczyłam kobietę na skraju.

Powiedziała, że od pół roku odkładała pieniądze po trochu i chciała wynająć mniejsze mieszkanie, bo nie wyrabiali. A Paweł te oszczędności ruszał „na chwilę”, bez mówienia. Raz, drugi, trzeci. Potem kłamał, że bank coś zablokował. I że on od dwóch miesięcy chodzi do poradni leczenia uzależnień w Radomiu, bo sam się zgłosił po tym, jak prawie przegrał wypłatę.

Spojrzałam na niego.

– To prawda?

Przytaknął. I pierwszy raz zobaczyłam w nim nie cwaniaka, nie chłopa, który kombinuje, tylko wystraszonego faceta, który narobił syfu i już nie wie, gdzie się ruszyć.

Ale od tego nie znika ani dług, ani moje przelewy.

Powiedziałam wtedy coś, czego sama po sobie się nie spodziewałam.

– Ja ci już nie dam pieniędzy do ręki.

Od razu zaczął: że dzieci, że poniedziałek, że czynsz. Serce mi pękało, bo znam te dzieci, one są małe, one nie są niczemu winne.

Więc powiedziałam, że przedszkole opłacę bezpośrednio, mogę kupić wnukom buty, mogę zrobić większe zakupy z Biedronki i zapłacić za lekarstwa, ale ani złotówki przelewem na jego konto. A jeśli chce, to usiądziemy razem z kimś z banku albo doradcą i rozpiszemy długi. Kasia od razu dodała, że może pomóc zrobić listę rat i terminów, ale żadnego krycia.

Paweł się obraził. Naprawdę. Powiedział, że traktujemy go jak dzieciaka. Magda z kolei usiadła i zaczęła płakać jeszcze bardziej, bo chyba pierwszy raz ktoś przy nim powiedział „stop”.

Najgorsze było wieczorem, jak zostałam sama. Bo z jednej strony miałam w głowie to, że gdybym wcześniej postawiła granicę, może by tak nie popłynął. A z drugiej, jak matka ma patrzeć, że wnuki nie mają za co iść do przedszkola? No jak?

Na razie jest tak, że nie daję mu gotówki. Opłaciłam dzieciom obiady w przedszkolu i kupiłam im kurtki. Paweł się do mnie odzywa chłodno, Kasia uważa, że i tak jestem za miękka, a ja siedzę między nimi i nie wiem, czy wreszcie zrobiłam dobrze, czy znowu tylko połowicznie.

Naprawdę nie wiem, gdzie jest granica między pomocą a psuciem człowieka. Wy na moim miejscu odcięlibyście syna całkiem, czy pomagali dalej, ale tylko pod kontrolą?