Życie w cieniu wirtualnych światów: Moja walka o rodzinę
„Benjamin! Ile razy mam ci mówić, żebyś przestał grać i zajął się czymś pożytecznym?” – krzyknęłam, stojąc w progu salonu, gdzie mój mąż siedział z twarzą oświetloną niebieskim blaskiem monitora. Jego oczy były przyklejone do ekranu, a palce szybko poruszały się po klawiaturze. Nawet nie drgnął na dźwięk mojego głosu.
To było już ponad rok temu, kiedy Benjamin stracił pracę. Początkowo myślałam, że to będzie tylko chwilowe. W końcu wszyscy czasem potrzebujemy przerwy. Ale ta przerwa przeciągnęła się na miesiące, a potem na rok. W międzyczasie ja, Brianna, musiałam przejąć stery naszej rodziny. Pracowałam na pełen etat jako księgowa, a po powrocie do domu czekały na mnie obowiązki związane z wychowaniem naszych dzieci, Harpera i Aleksandra.
Każdego dnia czułam, jak ciężar odpowiedzialności przygniata mnie coraz bardziej. Nasze oszczędności topniały w zastraszającym tempie, a ja nie mogłam przestać myśleć o przyszłości naszych dzieci. Harper miała dopiero siedem lat, a Aleksander pięć. Zasługiwali na stabilne życie, pełne miłości i bezpieczeństwa.
„Brianna, daj mi spokój. To tylko gra. Potrzebuję tego,” odpowiedział Benjamin z irytacją w głosie, nie odrywając wzroku od ekranu.
„Potrzebujesz tego? A co z nami? Co z twoimi dziećmi?” – spytałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Byłam zmęczona ciągłym proszeniem go o pomoc, o wsparcie.
Benjamin westchnął ciężko i w końcu spojrzał na mnie. „Wiem, że to trudne. Ale ja też mam swoje problemy,” powiedział cicho.
„Problemy? Benjamin, wszyscy mamy problemy! Ale nie możemy się przed nimi chować w wirtualnym świecie!” – odpowiedziałam z desperacją.
Czasami zastanawiałam się, co poszło nie tak. Kiedyś byliśmy szczęśliwą rodziną. Benjamin był zaangażowanym ojcem i mężem. Ale teraz wydawało się, że jego jedynym celem było ucieczka od rzeczywistości.
Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z jego rodzicami. Może oni będą w stanie do niego dotrzeć? Spotkaliśmy się u nich w domu na niedzielnym obiedzie.
„Benjaminie, synu, musisz coś zrobić ze swoim życiem,” powiedziała jego matka, Maria, patrząc na niego z troską.
„Mamo, ja… ja po prostu potrzebuję czasu,” odpowiedział Benjamin, unikając jej spojrzenia.
„Czasu? Ile jeszcze czasu potrzebujesz? Twoja rodzina cię potrzebuje teraz,” dodał jego ojciec, Janusz.
Benjamin milczał przez chwilę, a potem powiedział: „Nie rozumiecie. To nie jest takie proste.”
W drodze powrotnej do domu czułam się bezradna. Czy naprawdę nie było już dla nas nadziei? Czy Benjamin kiedykolwiek wróci do nas?
Wieczorem usiadłam przy stole z Harperem i Aleksandrem. „Mamo, dlaczego tata ciągle gra?” zapytała Harper.
„Tata ma teraz trudny czas,” odpowiedziałam delikatnie.
„A kiedy będzie lepiej?” dopytywał Aleksander.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jak mogłam im wyjaśnić coś, czego sama nie rozumiałam?
Dni mijały jeden za drugim, a ja coraz bardziej czułam się jak samotna matka. Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z terapeutą. Może on będzie w stanie mi pomóc?
Podczas pierwszej sesji opowiedziałam o wszystkim: o Benjaminie, o dzieciach, o moich obawach i frustracjach.
„Brianna,” powiedział terapeuta spokojnym głosem. „Musisz zadbać o siebie. Nie możesz pomóc Benjaminowi, jeśli sama jesteś na skraju wyczerpania.”
Jego słowa trafiły do mnie jak grom z jasnego nieba. Zrozumiałam, że muszę znaleźć równowagę między pomaganiem Benjaminowi a dbaniem o siebie i dzieci.
Zaczęłam regularnie chodzić na terapię i powoli uczyłam się stawiać granice. Zaczęłam też rozmawiać z Benjaminem bardziej otwarcie o moich uczuciach i potrzebach.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem przy stole kuchennym. „Benjaminie,” zaczęłam niepewnie. „Chciałabym wiedzieć, co naprawdę się dzieje. Dlaczego uciekasz w gry?”
Benjamin spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. „Brianna, boję się… boję się porażki,” wyznał cicho.
To było jak otwarcie drzwi do jego duszy. Zrozumiałam wtedy, że jego ucieczka była próbą radzenia sobie z lękiem przed przyszłością.
Zaczęliśmy razem pracować nad tym problemem. Benjamin zgodził się pójść na terapię i zaczął szukać pracy na nowo.
To była długa droga pełna wzlotów i upadków, ale powoli zaczynaliśmy odzyskiwać naszą rodzinę.
Teraz siedzę przy oknie i patrzę na bawiące się dzieci w ogrodzie. Czuję wdzięczność za to, że nie poddałam się wtedy, gdy było najtrudniej.
Czy kiedykolwiek będziemy tacy jak dawniej? Nie wiem. Ale wiem jedno: zawsze warto walczyć o tych, których kochamy.