Sanjąc o szczęściu, znalazłam się w ruinie: Moja walka o dom i syna, którego nie umiem pocieszyć

— Mamo, dlaczego tata nie wraca? — głos Antosia rozdziera ciszę, która od kilku godzin wisi nad naszym zrujnowanym mieszkaniem. Siedzę na zimnej podłodze w kuchni, opierając się o obdrapaną ścianę. W dłoniach ściskam kubek z zimną już herbatą, a łzy cisną mi się do oczu. Antoś stoi w drzwiach, z czerwonymi od płaczu oczami, tuląc do siebie pluszowego misia.

Nie wiem, co mu odpowiedzieć. Sama nie rozumiem, jak to się stało, że zostałam tu sama — z dzieckiem, którego nie potrafię uspokoić, i domem, który bardziej przypomina ruinę niż miejsce do życia. Kiedyś wyobrażałam sobie, że będę miała dużą rodzinę: śmiech dzieci, zapach ciasta drożdżowego i ciepło ognia w kominku. Zamiast tego mam wilgoć na ścianach, cieknący kran i Antosia, który coraz częściej pyta o ojca.

— Tata musiał wyjechać do pracy — mówię cicho, choć wiem, że to kłamstwo. Michał odszedł dwa miesiące temu. Powiedział, że nie wytrzymuje tej presji, że nie tak miało wyglądać jego życie. Zostawił mnie z kredytem na mieszkanie i dwoma walizkami wspomnień. Od tamtej pory każdy dzień jest walką — o pieniądze, o spokój Antosia, o własne zdrowie psychiczne.

W nocy słyszę, jak Antoś płacze przez sen. Czasem przychodzi do mojego łóżka i tuli się do mnie tak mocno, jakby bał się, że też zniknę. Ja też się tego boję. Boję się, że pewnego dnia nie będę miała już siły wstać z łóżka. Że poddam się temu wszystkiemu — zmęczeniu, samotności i poczuciu winy.

Moja mama powtarzała zawsze: „Dziecko, życie to nie bajka. Ale jeśli będziesz ciężko pracować i kochać ludzi, wszystko się ułoży.” Pracuję ciężko — sprzątam u sąsiadów, dorabiam wieczorami szyciem. Ale miłości czasem mi brakuje. Do siebie samej przede wszystkim.

Wczoraj Antoś rozbił kubek w kuchni. Zamiast go przytulić, nakrzyczałam na niego. Potem płakałam razem z nim. — Przepraszam cię, synku — szeptałam mu do ucha. — Mama jest zmęczona…

Czasem mam wrażenie, że wszystko robię źle. Że jestem najgorszą matką na świecie. Kiedy patrzę na inne kobiety na placu zabaw — zadbane, uśmiechnięte, z mężami u boku — czuję się jak ktoś z innej planety. Moje ubrania są stare i sprane, włosy związane byle jak w kucyk. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz kupiłam sobie coś nowego.

— Mamo, czy będziemy mieli kiedyś nowy dom? — pyta Antoś pewnego wieczoru, kiedy próbuję go ułożyć do snu.

— Może kiedyś… — odpowiadam wymijająco.

Ale on nie daje za wygraną:
— A czy tata wróci?

Nie umiem mu powiedzieć prawdy. Że tata już nie wróci. Że musimy nauczyć się żyć tylko we dwoje.

Czasem przychodzi do nas moja siostra Kasia. Zawsze przynosi coś do jedzenia i próbuje mnie przekonać, żebym poszła do psychologa.

— Magda, musisz zadbać o siebie! — mówi stanowczo. — Nie możesz tak dłużej żyć.

Ale ja nie mam czasu na psychologa. Muszę zarobić na czynsz, kupić jedzenie i jeszcze znaleźć chwilę na zabawę z Antosiem.

Ostatnio zaczęłam pisać pamiętnik. Wieczorami zapisuję w nim wszystkie swoje lęki i marzenia. Piszę o tym, jak bardzo chciałabym znów poczuć się szczęśliwa. Jak bardzo chciałabym zobaczyć uśmiech Antosia — taki prawdziwy, beztroski.

Pewnego dnia dostaję list z banku: zaległość w spłacie kredytu. Serce mi zamiera. Co będzie, jeśli nas wyrzucą? Gdzie pójdziemy? Nie mam nikogo poza Kasią i mamą — a one same ledwo wiążą koniec z końcem.

Wieczorem siedzę przy stole i patrzę na śpiącego Antosia. Jego twarz jest spokojna tylko wtedy, gdy śpi. Dotykam jego włosów i obiecuję sobie po raz setny: Nie poddam się. Muszę walczyć dla niego.

Następnego dnia idę do opieki społecznej. Wstydzę się jak nigdy dotąd — ale nie mam wyboru. Pani urzędniczka patrzy na mnie z politowaniem:
— Proszę pani, wiele kobiet jest w podobnej sytuacji…

Chciałabym jej odpowiedzieć: Ale to moje życie! To mój syn! Ale milczę i podpisuję papiery.

Wracam do domu z torbą makaronu i kilku konserw. Antoś cieszy się z nowej paczki klocków od darczyńców bardziej niż ja z całego świata.

Wieczorem dzwoni Michał.
— Magda… Chciałem zapytać… jak sobie radzicie?

Milczę przez chwilę.
— Radzimy sobie — odpowiadam chłodno.

— Może mógłbym zabrać Antosia na weekend?

Nie wiem, co powiedzieć. Boję się puścić syna do człowieka, który nas zostawił. Ale wiem też, że Antoś tęskni za ojcem.

— Dobrze — mówię w końcu cicho.

Po rozmowie długo płaczę. Czuję się rozdarta między gniewem a nadzieją.

Kiedy Michał przyjeżdża po syna w sobotę rano, Antoś rzuca mi się na szyję:
— Mamo! Kocham cię!

Patrzę na nich przez okno — ojca i syna idących za rękę przez podwórko pełne błota i śmieci. I myślę: Może jeszcze kiedyś będzie lepiej? Może jeszcze uda mi się odbudować dom — choćby tylko ten w sercu?

Czy jestem naprawdę taką złą matką? Czy ktoś z was też czuje czasem ten strach i bezsilność? Jak sobie radzicie?