Pomóżcie! Mój brat chce pieniędzy na ślub i rozbija naszą rodzinę

– To niesprawiedliwe! – krzyknął Gergorz, trzaskając drzwiami do salonu. – Całe życie oszczędzaliście, a teraz, kiedy naprawdę potrzebuję pomocy, udajecie, że nie możecie nic zrobić!

Siedziałam na kanapie, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą. Mama miała łzy w oczach, tata patrzył w podłogę, jakby szukał tam odpowiedzi na wszystkie nasze problemy. Od kilku tygodni nasz dom był polem bitwy. Gergorz, mój młodszy brat, postanowił się ożenić. Jego narzeczona, Ania, pochodziła z zamożniejszej rodziny, a ich ślub miał być „na poziomie”. Problem w tym, że Gergorz nie miał pieniędzy. Zaczął więc domagać się od rodziców, żeby sprzedali dom albo przynajmniej dali mu jego „część”.

– Gergorz, przecież wiesz, że to niemożliwe – powiedziała mama cicho, próbując zachować spokój. – Ten dom to wszystko, co mamy. Tu mieszkamy, tu żyjemy…

– A ja co? Mam się wstydzić przed rodziną Ani? – przerwał jej brat, głos mu drżał. – Ty, Marto, powiedz coś! Przecież to też twój dom!

Poczułam, jak serce mi się ściska. Zawsze byłam tą „rozsądną”, starszą siostrą, która godziła wszystkich i łagodziła konflikty. Ale tym razem nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony rozumiałam Gergorza – chciał zacząć nowe życie, czuł presję, chciał zaimponować przyszłej żonie. Z drugiej strony widziałam, jak rodzice się starzeją, jak bardzo są zmęczeni i jak bardzo boją się utraty domu, który budowali przez całe życie.

– Gergorz, nie możesz żądać od rodziców, żeby sprzedali dom – powiedziałam w końcu, starając się mówić spokojnie. – To nie jest takie proste. Przecież wiesz, że oni nie mają gdzie się podziać.

Brat spojrzał na mnie z wyrzutem. – Łatwo ci mówić, bo masz swoją pracę, swoje życie. Ja chcę tylko zacząć od nowa. Czy to tak dużo?

Wiedziałam, że to nie jest tylko kwestia pieniędzy. Gergorz zawsze czuł się trochę gorszy, zawsze musiał walczyć o uwagę rodziców, o swoje miejsce w rodzinie. Teraz, kiedy miał szansę na coś swojego, nie chciał jej zmarnować. Ale czy naprawdę musiał to robić kosztem rodziców?

Wieczorem usłyszałam, jak mama płacze w kuchni. Podeszłam do niej, objęłam ją ramieniem.

– Mamo, nie płacz…

– Nie poznaję własnego syna – wyszeptała. – Myślałam, że rodzina jest najważniejsza. A on…

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sama czułam się bezradna. Tata zamknął się w swoim pokoju, nie odzywał się do nikogo. Gergorz wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Wszyscy byliśmy na skraju wytrzymałości.

Kilka dni później Gergorz przyszedł z Anią. Była elegancka, uśmiechnięta, ale w jej oczach widziałam niepokój.

– Dzień dobry – powiedziała cicho. – Chciałam tylko powiedzieć, że… że nie chcemy nikogo krzywdzić. Ale ślub to dla nas ważna sprawa.

Mama spojrzała na nią z bólem. – Rozumiem, Aniu. Ale nie możemy oddać wszystkiego, co mamy. To nie jest takie proste.

Gergorz zaczął się denerwować. – Wszyscy jesteście przeciwko mnie! – wybuchł. – Może lepiej, żebym się wyniósł i nigdy więcej nie wracał!

– Gergorz, przestań! – krzyknęłam, pierwszy raz w życiu tracąc nad sobą kontrolę. – To nie jest rozwiązanie! Chcesz zniszczyć rodzinę przez jeden dzień, przez jedno wesele?

Zapadła cisza. Ania spuściła głowę, mama zaczęła płakać, tata wyszedł z pokoju. Gergorz patrzył na mnie z nienawiścią.

– Zawsze byłaś ulubienicą rodziców – syknął. – Zawsze miałaś wszystko, a ja muszę walczyć o każdy grosz!

– To nieprawda! – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Wszyscy cię kochamy, ale nie możesz żądać od nas rzeczy niemożliwych!

Po tej kłótni Gergorz przestał się odzywać. Przez kilka dni nie było go w domu. Mama chodziła jak cień, tata milczał, a ja czułam się winna, choć nie wiedziałam, co mogłam zrobić inaczej. W pracy nie mogłam się skupić, znajomi pytali, co się dzieje, ale nie potrafiłam o tym mówić.

W końcu Gergorz zadzwonił. – Marto, musimy pogadać – powiedział cicho. – Spotkajmy się w parku.

Poszłam tam z duszą na ramieniu. Siedział na ławce, wyglądał na zmęczonego i przybitego.

– Przepraszam – powiedział po chwili ciszy. – Może przesadziłem. Ale czuję się, jakbym był nikim. Ania… jej rodzina patrzy na mnie z góry. Chciałem udowodnić, że też coś znaczę.

Usiadłam obok niego. – Gergorz, rozumiem cię. Ale rodzina to nie pieniądze. Możesz mieć najpiękniejszy ślub na świecie, ale jeśli stracisz nas, co ci z tego zostanie?

Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. – Boję się, że już wszystko zepsułem.

– Jeszcze nie jest za późno – odpowiedziałam. – Porozmawiaj z rodzicami. Powiedz im, co naprawdę czujesz. Może razem znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Wróciliśmy do domu. Gergorz przeprosił rodziców, powiedział, że nie chce ich krzywdzić. Ustaliliśmy, że każdy pomoże, jak może – ja dołożę się do wesela, rodzice dadzą trochę oszczędności, a Gergorz sam postara się dorobić resztę. Nie było łatwo, ale przynajmniej znów byliśmy razem.

Czasem zastanawiam się, jak niewiele trzeba, żeby rodzina się rozpadła. Czy naprawdę warto walczyć o pieniądze, jeśli można stracić to, co najważniejsze? Co wy byście zrobili na moim miejscu?