Modlitwa i wytrwałość: Próby mojego małżeństwa w cieniu kryzysu
— Znowu nie możesz nawet zrobić herbaty? — mój głos drżał, choć starałam się go opanować. W kuchni pachniało wilgocią i starym chlebem. Za oknem szalała burza, a światło lampy rzucało cienie na ściany. Gdy spojrzałam na Pawła, mojego męża, zobaczyłam w jego oczach zmęczenie i coś jeszcze — gniew, którego nie potrafił już ukryć.
— Może gdybyś nie była taka idealna, nie musiałbym się czuć jak śmieć! — wykrzyczał, trzaskając szafką. Zamarłam. Nasza córka, Zosia, siedziała w swoim pokoju i udawała, że nie słyszy kłótni. Ale wiedziałam, że słyszy wszystko. W tym momencie poczułam, jakby ktoś ścisnął mi serce.
Cztery lata temu Paweł stracił pracę w fabryce samochodów w Gliwicach. Najpierw mówił, że to tylko na chwilę, że zaraz znajdzie coś nowego. Ale miesiące mijały, a on coraz rzadziej wychodził z domu. Ja pracowałam na dwa etaty — rano w szkole jako nauczycielka matematyki, po południu dorabiałam korepetycjami. Wieczorami padałam ze zmęczenia, ale musiałam jeszcze zrobić zakupy, ugotować obiad, sprawdzić zeszyty Zosi.
Paweł coraz częściej siedział przed komputerem albo spał do południa. Próbowałam go wspierać — pisałam razem z nim CV, wysyłałam ogłoszenia o pracę, nawet umawiałam rozmowy kwalifikacyjne. Ale on wracał z nich coraz bardziej przygnębiony i zamknięty w sobie.
— Oni chcą młodych — powtarzał. — Ja już się nie nadaję.
Z czasem zaczął pić piwo przed południem. Najpierw jedno, potem dwa. Kiedyś znalazłam w śmietniku butelkę po wódce. Udawałam, że nie widzę. Nie miałam siły na kolejną kłótnię.
Moja mama mówiła: — Dziecko, nie możesz wszystkiego dźwigać sama. Ale co miałam zrobić? Odejść? Zostawić Pawła samego z jego bezradnością? Zosia potrzebowała ojca. Ja potrzebowałam rodziny.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu później niż zwykle. Było ciemno, a w mieszkaniu panowała cisza. Zosia spała z książką przytuloną do piersi. Paweł siedział w kuchni przy zgaszonym świetle. Płakał. Usiadłam obok niego i przez chwilę milczeliśmy.
— Przepraszam — wyszeptał nagle. — Nie chciałem cię zranić.
Objęłam go i poczułam jego drżące ramiona. Wtedy po raz pierwszy od dawna modliłam się na głos. Prosiłam Boga o siłę i cierpliwość. O to, żeby Paweł odnalazł sens życia.
Ale następnego dnia wszystko wróciło do normy — do naszej nowej normy pełnej napięcia i cichych pretensji. Zosia zaczęła mieć problemy w szkole. Przynosiła gorsze oceny, zamykała się w sobie. Nauczycielka powiedziała mi na wywiadówce:
— Pani córka jest bardzo zamyślona ostatnio. Czy wszystko dobrze w domu?
Zawstydziłam się i skłamałam: — Tak, wszystko dobrze.
W nocy nie mogłam spać. Leżałam obok Pawła i słuchałam jego ciężkiego oddechu. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Wtedy zaczęłam codziennie modlić się o cud.
Któregoś dnia Paweł wrócił z rozmowy kwalifikacyjnej bardziej przybity niż zwykle.
— Powiedzieli mi prosto w twarz, że jestem za stary — rzucił z goryczą.
Nie wiedziałam już, co powiedzieć. Słowa pocieszenia przestały działać. Zaczęłam mieć żal do Boga: dlaczego to wszystko spotkało właśnie nas?
W pracy udawałam silną i uśmiechniętą. Koledzy pytali:
— Jak ty to robisz, że zawsze masz tyle energii?
A ja tylko wzruszałam ramionami i mówiłam: — Trzeba jakoś żyć.
Wieczorami płakałam pod prysznicem, żeby nikt nie słyszał.
Pewnej soboty Paweł wybuchnął po raz kolejny. Krzyczał na mnie i na Zosię o byle co — o rozlaną herbatę, o bałagan w przedpokoju. Wtedy nie wytrzymałam.
— Dość! — krzyknęłam tak głośno, że aż sama się przestraszyłam swojego głosu.
Zosia uciekła do swojego pokoju ze łzami w oczach.
— Jeśli ci tak źle ze mną, to odejdź! — Paweł patrzył na mnie z nienawiścią.
Wybiegłam z domu na klatkę schodową i usiadłam na zimnych schodach. Drżałam z zimna i ze strachu przed tym, co będzie dalej. Po raz pierwszy pomyślałam poważnie o rozwodzie.
Przez całą noc modliłam się o znak. Odpowiedź przyszła rano — Zosia przyszła do mnie i powiedziała:
— Mamo, boję się taty.
To zdanie złamało mi serce bardziej niż wszystkie wcześniejsze kłótnie i upokorzenia.
Zaczęłam szukać pomocy — poszłam do psychologa szkolnego, rozmawiałam z księdzem w parafii. Usłyszałam wtedy coś ważnego:
— Czasem trzeba pozwolić drugiemu człowiekowi upaść na samo dno, żeby mógł się odbić.
Bałam się zostawić Pawła samego z jego demonami, ale wiedziałam już, że muszę chronić siebie i córkę.
Po kilku tygodniach podjęłam decyzję: wyprowadziłyśmy się z Zosią do mojej mamy na wieś pod Tarnowskimi Górami. Paweł został sam w naszym mieszkaniu.
Pierwsze dni były koszmarem — Zosia płakała za tatą, ja czułam się winna i pusta w środku. Ale z czasem zaczęłyśmy odzyskiwać spokój. Chodziłyśmy razem na spacery po polach, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym.
Paweł dzwonił rzadko. Raz przysłał SMS-a: „Przepraszam za wszystko”.
Nie wiem jeszcze, jak potoczy się dalej nasze życie. Czy Paweł znajdzie w sobie siłę, by się podnieść? Czy nasza rodzina ma jeszcze szansę?
Czasem pytam siebie: ile można wytrzymać dla miłości? Czy modlitwa naprawdę daje siłę? A może czasem trzeba po prostu pozwolić sobie odejść? Może ktoś z was zna odpowiedź lepiej niż ja…