Wszystko zostało jej, a mnie tylko pudełko starych zdjęć: Moja opowieść o utraconej rodzinie
– Nie możesz tego zabrać! – głos Anny, żony mojego brata, odbił się echem w pustym salonie. Stałam z pudełkiem starych zdjęć w rękach, patrząc na nią z niedowierzaniem. W powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się już rozładować.
– To tylko zdjęcia, Aniu. Nic ci po nich – odpowiedziałam cicho, choć w środku gotowała się we mnie burza.
– To wszystko, co po nim zostało. Chcę mieć wszystko – powiedziała twardo, a ja poczułam, jakby ktoś wyciągał mi serce z piersi.
Mój brat Marek był moim całym światem. Odkąd pamiętam, byliśmy nierozłączni – razem uciekaliśmy na rowerach do lasu, razem chowaliśmy się przed mamą, gdy rozbiłyśmy szybę piłką. On zawsze był moim bohaterem. Nawet kiedy dorósł i ożenił się z Anną, wierzyłam, że nic nas nie rozdzieli. Ale życie napisało inny scenariusz.
Marek odszedł nagle – zawał serca w wieku 42 lat. Wszystko wydarzyło się tak szybko: pogrzeb, stypa, potem sprawy spadkowe. Anna nie chciała ze mną rozmawiać. Gdy zapytałam o rzeczy Marka, powiedziała tylko: „To już nie twoje sprawy”.
Wtedy pierwszy raz poczułam się jak intruz we własnej rodzinie. Mama była już od lat chora i nie mogła mi pomóc. Ojciec zmarł wcześniej. Zostałam sama z bólem i wspomnieniami.
Przez kilka tygodni nie mogłam spać. Wciąż widziałam twarz Marka – uśmiechniętego, jak wtedy, gdy wygrywał dla mnie pluszowego misia na festynie w Sieradzu. Przeglądałam stare zdjęcia: my na wakacjach nad Bałtykiem, Marek z gitarą przy ognisku, ja w jego za dużej kurtce.
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i poszłam do mieszkania Marka po raz ostatni. Anna otworzyła drzwi z niechęcią.
– Czego chcesz? – zapytała chłodno.
– Chciałabym zabrać kilka rzeczy po Marku. Tylko te zdjęcia… – poprosiłam.
– Wszystko zostaje tutaj. To mój dom – odpowiedziała bez cienia emocji.
Stałam tam przez chwilę, czując się coraz mniejsza. W końcu Anna rzuciła mi pod nogi kartonowe pudełko.
– Weź to i już nie wracaj – powiedziała i zatrzasnęła drzwi.
Z tym pudełkiem wróciłam do pustego mieszkania mamy. Przez kilka godzin siedziałam na podłodze i przeglądałam fotografie. Każde zdjęcie to inna historia: Marek na studiach w Łodzi, ja na jego ramionach podczas rodzinnego grilla, nasze wspólne święta Bożego Narodzenia.
Z każdą kolejną fotografią czułam coraz większą pustkę. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi tylko o rzeczy materialne – chodzi o pamięć, o więzi, które ktoś próbuje mi odebrać.
Zaczęłam pisać listy do Marka. Pisałam o wszystkim: o tym, jak bardzo mi go brakuje, jak bardzo boli mnie zachowanie Anny, jak czuję się wymazana z jego życia. Pisałam też o dzieciństwie – o tym, jak razem budowaliśmy szałas w ogrodzie dziadków i jak obiecywaliśmy sobie, że zawsze będziemy razem.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie kuzynka Kasia.
– Słyszałam o tym wszystkim… – zaczęła niepewnie. – Może przyjedziesz do nas na weekend? Nie powinnaś być sama.
Pojechałam. W domu Kasi poczułam się znów jak członek rodziny. Rozmawiałyśmy do późna w nocy o Marku, o dawnych czasach, o tym, jak bardzo życie potrafi być niesprawiedliwe.
– Wiesz co? – powiedziała Kasia nagle. – Anna zawsze była zazdrosna o waszą relację. Może dlatego tak się zachowuje.
Zastanowiło mnie to. Czy naprawdę można być tak zawistnym? Czy można chcieć wymazać kogoś tylko dlatego, że był blisko?
Przez kolejne miesiące próbowałam ułożyć sobie życie na nowo. Praca w bibliotece dawała mi chwilowe ukojenie – między regałami pełnymi książek mogłam na chwilę zapomnieć o wszystkim. Ale wieczorami wracały wspomnienia i poczucie straty.
Pewnego dnia znalazłam w pudełku list od Marka – napisany tuż przed ślubem z Anną:
„Kasiu,
Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale chcę żebyś wiedziała: zawsze będziesz moją siostrą i zawsze będę cię kochał. Bez względu na wszystko.”
Płakałam długo nad tym listem. Zrozumiałam wtedy, że choć Anna zabrała mi wszystko materialne, nikt nie odbierze mi wspomnień i miłości Marka.
Z czasem nauczyłam się żyć z tą pustką. Zaczęłam spotykać się częściej z rodziną ze strony mamy, odnowiłam kontakt z dawnymi przyjaciółmi. Ale rana po stracie brata i po tym, jak zostałam potraktowana przez Annę, nigdy się nie zagoiła.
Czasem patrzę na te stare zdjęcia i pytam siebie: czy rodzina to tylko więzy krwi? Czy można kogoś naprawdę wymazać z czyjegoś życia? I czy kiedyś jeszcze poczuję się częścią czegoś większego niż tylko własnych wspomnień?