Zostawił nas dla swojej pierwszej miłości — a ja musiałam nauczyć się żyć od nowa

— Nie wierzę ci, Piotr! — krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stał w przedpokoju z walizką w ręku, a jego twarz była dziwnie spokojna. — Naprawdę zostawiasz mnie i dziewczynki dla niej? Po tylu latach?

Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na mnie smutno, jakby chciał powiedzieć coś ważnego, ale nie potrafił znaleźć słów. W końcu tylko westchnął i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Dźwięk klucza przekręcanego w zamku rozdarł ciszę naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Zostałam sama z dwiema córkami — Zosią i Hanią — i poczuciem, że wszystko, co znałam, właśnie się skończyło.

Przez pierwsze dni żyłam jak w transie. Dziewczynki zadawały pytania: „Mamo, kiedy tata wróci?”, „Czy tata nas już nie kocha?”. Nie umiałam im odpowiedzieć. Wieczorami płakałam w poduszkę, żeby nie słyszały. W ciągu dnia starałam się być silna — robiłam śniadania, odprowadzałam je do szkoły i przedszkola, udawałam przed sąsiadkami, że wszystko jest w porządku.

Najgorsze były weekendy. Wcześniej spędzaliśmy je razem: wycieczki rowerowe nad Wisłę, kino, wspólne gotowanie. Teraz cisza w mieszkaniu była nie do zniesienia. Zosia zamknęła się w sobie, przestała rozmawiać z koleżankami. Hania zaczęła moczyć się w nocy. Czułam się bezradna.

Moja mama przyjechała z Radomia, żeby mi pomóc. — Musisz być silna dla dziewczynek — powtarzała. Ale ja nie byłam silna. W pracy ledwo dawałam sobie radę. Szefowa patrzyła na mnie z politowaniem, kiedy po raz kolejny prosiłam o wcześniejsze wyjście, bo Hania miała gorączkę albo Zosia płakała w szkole.

Pewnego dnia zadzwonił Piotr. — Chciałbym zobaczyć dziewczynki — powiedział cicho. Słyszałam w tle kobiecy głos. — Proszę cię, nie rób im tego — odpowiedziałam. — One nie są gotowe.

Ale on nalegał. Przyszedł w niedzielę po południu. Dziewczynki rzuciły mu się na szyję, a ja patrzyłam na nich z mieszanką żalu i gniewu. Po godzinie wyszedł, zostawiając po sobie jeszcze większą pustkę.

Zaczęły się plotki. Sąsiadka z naprzeciwka szepnęła mi na klatce schodowej: — Słyszałam, że Piotr wrócił do tej swojej licealnej miłości…

W pracy koleżanki patrzyły na mnie z litością. Jedna z nich, Kasia, zaprosiła mnie na kawę po godzinach. — Musisz zacząć żyć dla siebie — powiedziała. — On nie był ciebie wart.

Ale jak zacząć żyć dla siebie, kiedy wszystko przypomina o nim? Każda filiżanka w kuchni, każda książka na półce… Nawet zapach jego perfum unosił się jeszcze w sypialni.

Któregoś wieczoru Zosia przyszła do mnie z płaczem.
— Mamo, dlaczego tata już nas nie kocha?
Przytuliłam ją mocno.
— Kochanie, tata was kocha… tylko czasem dorośli robią rzeczy, których dzieci nie rozumieją.
Ale sama nie rozumiałam.

W końcu postanowiłam pójść do psychologa. To była trudna decyzja — w naszej rodzinie nie mówiło się o takich rzeczach. Ale czułam, że tonę.

— Pani Aniu — powiedziała psycholożka podczas pierwszej wizyty — to nie pani wina. Proszę pozwolić sobie na smutek i złość.

Zaczęłam pisać pamiętnik. Każdego wieczoru spisywałam swoje myśli: żal do Piotra, strach o przyszłość dziewczynek, poczucie winy i samotność. Z czasem zauważyłam, że coraz częściej piszę o drobnych radościach: uśmiechu Hani rano przy śniadaniu, pierwszej piątce Zosi z matematyki.

Po kilku miesiącach Piotr przestał dzwonić tak często. Dziewczynki zaczęły przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości. Ja powoli odzyskiwałam równowagę. Zaczęłam chodzić na jogę do pobliskiego domu kultury. Poznałam tam kilka kobiet w podobnej sytuacji.

Pewnego dnia spotkałam Piotra przypadkiem w sklepie spożywczym. Był z nią — tą swoją pierwszą miłością. Uśmiechnął się niepewnie.
— Aniu…
— Nie musisz nic mówić — przerwałam mu spokojnie. — Już niczego nie oczekuję.

Wróciłam do domu i po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę.

Dziś wiem, że życie potrafi złamać człowieka w jednej chwili. Ale wiem też, że można się podnieść — powoli, krok po kroku. Dziewczynki śmieją się coraz częściej. Ja znów potrafię patrzeć w lustro bez wstydu i żalu.

Czasem zastanawiam się: czy można jeszcze zaufać drugiemu człowiekowi? Czy po takiej zdradzie da się jeszcze pokochać? Może wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie poradziliście?