Trzy lata małżeństwa, jedna zdrada i jeden papier, który zburzył wszystko – czy to ja jestem winna?
– Nie wierzę, że to robisz, mamo! – głos mojego męża, Pawła, odbijał się echem po kuchni. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. Przed chwilą wróciłam z pracy i zobaczyłam ją – Magdę. Dziewczynę, którą widziałam kiedyś na zdjęciu w telefonie Pawła. Teraz siedziała przy naszym stole, a jej brzuch wyraźnie zaokrąglony pod swetrem nie pozostawiał złudzeń.
– To nie jest twoja sprawa, Paulina – powiedziała teściowa, pani Halina, z tym swoim lodowatym spokojem. – Magda potrzebuje pomocy. Jest w ciąży. Nie zostawię jej na pastwę losu.
Poczułam, jak świat wiruje. Trzy lata małżeństwa. Trzy lata prób, łez i nadziei na dziecko, które nigdy nie przyszło. A teraz dowiaduję się, że mój mąż nie tylko mnie zdradził, ale też zostanie ojcem – z kimś innym. I to jego matka sprowadziła tę dziewczynę do naszego domu.
– Paweł… – szepnęłam, patrząc mu w oczy. – To prawda?
Nie odpowiedział. Patrzył na podłogę, jakby szukał tam odpowiedzi. Magda spuściła wzrok, a pani Halina tylko wzruszyła ramionami.
– Paulina, musisz to zrozumieć. Magda jest sama. Ty i Paweł… no cóż… może to znak od Boga? – powiedziała teściowa.
Znak od Boga? Znak od Boga?! Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez trzy lata słyszałam od niej tylko wyrzuty: „Kiedy dziecko?”, „Może powinnaś mniej pracować?”, „Może powinnaś bardziej się starać?”. A teraz ona sprowadza do mojego domu kochankę mojego męża i jeszcze śmie mówić o znakach od Boga?
Wybiegłam do sypialni i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Wszystko we mnie krzyczało: „Uciekaj! Ratuj się!” Ale gdzie miałam pójść? Moja mama zmarła dwa lata temu, ojciec mieszkał daleko i ledwo się dogadywaliśmy od lat. Przyjaciółki? Odkąd wyszłam za Pawła i zamieszkałam z jego rodziną na obrzeżach Warszawy, kontakt się urwał.
Przez całą noc przewracałam się z boku na bok. Słyszałam szepty za ścianą, ciche płacze Magdy i rozmowy Pawła z matką. Nad ranem podjęłam decyzję.
Wstałam, ubrałam się i pojechałam do pracy wcześniej niż zwykle. W drodze zadzwoniłam do prawnika – znajomego mojej mamy. Umówiłam się na spotkanie jeszcze tego samego dnia.
– Paulina, musisz być silna – powiedział mi mecenas Nowak. – Masz prawo do rozwodu z orzeczeniem o winie. Masz prawo do alimentów. I masz prawo do swojego życia.
Wróciłam do domu z papierami rozwodowymi w torbie. W kuchni siedzieli wszyscy troje: Paweł blady jak ściana, Magda z podpuchniętymi oczami i pani Halina z miną triumfatorki.
– Co to jest? – zapytał Paweł, gdy położyłam przed nim dokumenty.
– To rozwód – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Z orzeczeniem o twojej winie.
Pani Halina zerwała się z miejsca.
– Jak możesz?! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?!
– Co dla mnie zrobiłaś? – wybuchłam. – Przez trzy lata traktowałaś mnie jak inkubator! Nigdy nie byłam dla ciebie córką, tylko narzędziem do rodzenia wnuków! A teraz sprowadzasz tu kochankę mojego męża i oczekujesz wdzięczności?
Magda zaczęła płakać jeszcze głośniej.
– Przepraszam… Ja nie chciałam… Paweł mówił, że już nie jesteście razem…
Spojrzałam na Pawła. Milczał.
– Paulina… Może powinniśmy porozmawiać… – zaczął niepewnie.
– Nie mamy już o czym rozmawiać – przerwałam mu. – Wszystko jest jasne.
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam. Przez kilka dni mieszkałam u koleżanki z pracy. Pani Halina dzwoniła codziennie – raz błagała o wybaczenie, raz groziła sądem i odebraniem wszystkiego, co się dało. Paweł napisał kilka SMS-ów: „Przepraszam”, „Nie chciałem cię skrzywdzić”, „Może kiedyś mi wybaczysz”.
W sądzie Paweł nawet nie próbował się bronić. Magda urodziła syna kilka miesięcy później. Słyszałam od znajomych z osiedla, że pani Halina chodzi dumna jak paw i opowiada wszystkim o wnuku. O mnie nikt nie mówi.
Zaczęłam nowe życie w małym mieszkaniu na Mokotowie. Praca pochłonęła mnie całkowicie. Czasem budzę się w nocy i pytam siebie: czy naprawdę musiałam to zrobić? Czy mogłam walczyć o ten związek? Ale potem przypominam sobie tamtą scenę w kuchni i wiem jedno: nikt nie ma prawa niszczyć drugiego człowieka w imię własnych ambicji czy wygody.
Czy naprawdę jestem winna temu wszystkiemu? A może po prostu po raz pierwszy w życiu postawiłam siebie na pierwszym miejscu? Co wy byście zrobili na moim miejscu?