Trzecie dziecko, trzecia kłótnia: Czy miłość może przetrwać, gdy wszystko się wali?

— Znowu nie zapłaciłaś rachunku za prąd?! — głos Michała odbił się echem po kuchni, a ja poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Stałam przy zlewie, w rękach ściskałam mokrą szmatkę, a w głowie miałam tylko jedno: „Nie dam już rady”.

Nasza najmłodsza, Zosia, właśnie zaczęła płakać w pokoju obok. Starsze dziewczynki, Lena i Marysia, kłóciły się o kredki na dywanie. W tym chaosie codzienności próbowałam znaleźć choć chwilę ciszy, ale nawet moje myśli były zagłuszone przez wyrzuty sumienia i narastający lęk.

— Michał, nie miałam kiedy… — zaczęłam cicho, ale on już nie słuchał. Przeszedł przez kuchnię jak burza, rzucając pod nosem przekleństwa. Kiedyś był inny. Kiedyś śmialiśmy się z rachunków i planowaliśmy wakacje nad Bałtykiem. Teraz każdy dzień był walką o przetrwanie.

Pamiętam, jak siedzieliśmy na ławce w parku, tuż po ślubie. Michał ściskał moją dłoń i mówił: „Będziemy mieć dużą rodzinę. Trójka dzieci to minimum!”. Wtedy wydawało mi się to takie proste. Miłość miała być odpowiedzią na wszystko.

Ale życie szybko zweryfikowało nasze marzenia. Po narodzinach Zosi wszystko się zmieniło. Michał stracił pracę w fabryce, a ja musiałam zrezygnować z powrotu do szkoły językowej. Z dnia na dzień zostaliśmy z jednym dochodem — moim skromnym zasiłkiem macierzyńskim i kilkoma groszami z dorywczych korepetycji.

— Może powinnaś wrócić do pracy — rzucił pewnego wieczoru Michał, kiedy próbowałam usypiać Zosię. — Przecież nie możemy tak żyć!

— A kto zajmie się dziećmi? — odpowiedziałam zmęczonym głosem. — Przedszkole kosztuje więcej niż zarobię na pół etatu.

— To może nie trzeba było chcieć trzeciego dziecka! — wybuchnął.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przecież to była nasza wspólna decyzja. Ale od tamtej pory coraz częściej słyszałam, że to ja jestem winna wszystkiemu: braku pieniędzy, zmęczeniu, nawet temu, że dziewczynki się kłócą.

Moja mama powtarzała mi zawsze: „Rodzina to siła”. Ale co, jeśli ta siła zaczyna mnie przygniatać? Coraz częściej łapałam się na tym, że marzę o ucieczce. O chwili samotności, o jednym dniu bez krzyków i pretensji.

Pewnego popołudnia Lena przyszła do mnie z płaczem:

— Mamo, czemu tata na ciebie krzyczy?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przytuliłam ją mocno i poczułam łzy napływające do oczu. Chciałam być dla nich silna, ale sama czułam się jak dziecko zagubione we mgle.

Wieczorem usiadłam z Michałem przy stole. Dziewczynki już spały, a w domu panowała cisza tak gęsta, że aż bolała.

— Michał… My tak nie możemy — zaczęłam niepewnie. — Nie poznaję cię. Nie poznaję nas.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem. W jego oczach zobaczyłam cień dawnego siebie — tego chłopaka z parku, który wierzył w szczęście.

— Przepraszam — powiedział cicho. — Ja też nie wiem, co się z nami stało.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem Michał wstał i wyszedł na balkon zapalić papierosa. Wiedziałam, że to jego sposób na ucieczkę od problemów.

Następnego dnia zadzwoniła moja siostra Agata.

— Słychać po głosie, że coś jest nie tak — powiedziała bez ogródek. — Chcesz pogadać?

Wylałam jej wszystko przez telefon: strach o przyszłość, zmęczenie, poczucie winy i żal do Michała. Agata słuchała cierpliwie.

— Może czas pomyśleć o sobie? — zapytała na koniec. — Dzieci potrzebują szczęśliwej mamy, nie męczennicy.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Czy naprawdę mogę postawić siebie na pierwszym miejscu? Czy to egoizm?

W kolejnych tygodniach próbowałam rozmawiać z Michałem spokojniej. Proponowałam terapię dla par, ale on tylko machał ręką:

— Psycholog? To dla słabych ludzi!

Czułam się coraz bardziej samotna w tym związku. Nawet dzieci wyczuwały napięcie — były rozdrażnione, płaczliwe, szukały mojej uwagi bardziej niż zwykle.

Pewnej nocy obudziłam się zlana potem po kolejnym koszmarze. Wstałam i poszłam do kuchni napić się wody. Zobaczyłam Michała siedzącego przy stole z głową opartą na rękach.

— Nie śpisz? — zapytałam cicho.

— Nie mogę… Boję się jutra — odpowiedział bez podnoszenia wzroku.

Usiadłam obok niego i przez chwilę milczeliśmy razem. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że jesteśmy po tej samej stronie barykady.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy uda nam się uratować nasze małżeństwo czy tylko będziemy trwać obok siebie dla dzieci. Ale wiem jedno: nie chcę już żyć w ciągłym strachu i poczuciu winy.

Czy naprawdę można odbudować miłość na gruzach codziennych kłótni i rozczarowań? A może czasem trzeba pozwolić sobie odejść? Co wy byście zrobili na moim miejscu?