Pod jednym dachem z tyranem: Cichy krzyk kobiety z małego miasteczka
— Nie będziesz wychodzić z domu bez mojej zgody! — głos teścia rozbrzmiał w kuchni jak wystrzał. Stałam przy zlewie, z mokrymi rękami, a serce waliło mi jak oszalałe. Mój mąż, Paweł, siedział przy stole i patrzył w talerz, jakby chciał zniknąć. W tej chwili poczułam się jak więzień we własnym życiu.
Jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy z Pawłem nasze małe mieszkanie na warszawskiej Pradze. Było ciasno, ale to był nasz dom. Kiedy Paweł stracił pracę, a ja nie mogłam znaleźć niczego poza dorywczymi sprzątaniami, wszystko zaczęło się sypać. Zaległości w czynszu rosły szybciej niż nasze nadzieje na poprawę. W końcu właściciel wyrzucił nas na bruk. Paweł nie miał rodziny w Warszawie, więc jedyną opcją był powrót do jego ojca — Edwarda — do małego miasteczka pod Radomiem.
Na początku myślałam, że to tylko na chwilę. Że znajdziemy pracę, odłożymy trochę pieniędzy i wrócimy do miasta. Ale czas płynął, a my tkwiliśmy w miejscu. Edward od pierwszego dnia dawał mi do zrozumienia, że jestem tu tylko gościem — i to niemile widzianym.
— W tym domu obowiązują moje zasady — powtarzał niemal codziennie. — Jak się nie podoba, droga wolna.
Ale dokąd miałam pójść? Moja rodzina mieszkała na drugim końcu Polski, a ja nie miałam nawet za co kupić biletu. Paweł coraz częściej znikał z domu pod pretekstem szukania pracy, a ja zostawałam sama z teściem.
Edward był człowiekiem twardym, zgorzkniałym i wiecznie niezadowolonym. Każdy mój ruch był przez niego komentowany. Jeśli obiad nie był gotowy na czas, jeśli pranie wisiało za długo na sznurku, jeśli śmiałam wyjść do sklepu bez uprzedzenia — zawsze znajdował powód do awantury.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Pawła z ojcem przez cienką ścianę.
— Ona tu nie pasuje — syknął Edward. — Siedzi całymi dniami i nic nie robi.
— Szuka pracy — odpowiedział cicho Paweł.
— Pracy? W tym miasteczku? Kto ją zatrudni? Lepiej niech się nauczy gotować po ludzku.
Zacisnęłam pięści. Chciałam wybiec i krzyknąć, że się staram, że nie jestem darmozjadem. Ale coś mnie powstrzymało. Może strach? Może wstyd?
Z czasem zaczęłam czuć się coraz bardziej przezroczysta. Każdy dzień wyglądał tak samo: sprzątanie, gotowanie, zakupy pod czujnym okiem teścia. Nawet rozmowy telefoniczne z mamą musiałam prowadzić szeptem, bo Edward podsłuchiwał za drzwiami.
Najgorsze były wieczory. Siedzieliśmy przy stole w milczeniu, a napięcie wisiało w powietrzu jak gruby dym. Paweł był coraz bardziej przygaszony, zamknięty w sobie. Czasem próbował mnie pocieszać:
— To tylko przejściowe, zobaczysz…
Ale ja już przestawałam wierzyć w przejściowość tej sytuacji.
Pewnego dnia Edward wrócił wcześniej z pracy i zobaczył mnie rozmawiającą przez płot z sąsiadką.
— Co ty sobie wyobrażasz?! — wrzasnął tak głośno, że aż sąsiadka uciekła do domu. — Plotki będziesz roznosić?!
Tego wieczoru po raz pierwszy się rozpłakałam. W łazience, przy zakręconym kranie, żeby nikt nie słyszał. Czułam się upokorzona i bezsilna.
Zaczęłam unikać ludzi. Do sklepu chodziłam wcześnie rano lub późno wieczorem. Przestałam odbierać telefony od przyjaciółek z Warszawy — co miałam im powiedzieć? Że jestem nikim? Że nie mam już własnego życia?
Któregoś dnia Paweł wrócił do domu pijany. Zaczęliśmy się kłócić — pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie na złość:
— Dlaczego nic nie robisz?! Dlaczego pozwalasz ojcu tak mnie traktować?!
Paweł spuścił głowę.
— On zawsze taki był… Ja… Nie umiem mu się postawić.
Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że jeśli sama o siebie nie zawalczę, nikt tego za mnie nie zrobi.
Następnego dnia poszłam do biblioteki miejskiej i zapytałam o pracę. Bibliotekarka spojrzała na mnie ze współczuciem:
— Nie mamy etatu… Ale może wolontariat? Zawsze przyda się pomoc przy katalogowaniu książek.
Zgodziłam się bez wahania. To była drobnostka — kilka godzin tygodniowo za darmo — ale poczułam się potrzebna. Po raz pierwszy od miesięcy ktoś powiedział mi „dziękuję”.
Edward oczywiście był wściekły:
— Po co ci to? Lepiej byś obiad ugotowała!
Ale ja już wiedziałam swoje. Każde popołudnie spędzone wśród książek było dla mnie jak oddech świeżego powietrza.
Z czasem zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami w miasteczku. Okazało się, że nie tylko ja czuję się uwięziona w czterech ścianach i cudzych oczekiwaniach. Jedna z sąsiadek powiedziała mi kiedyś:
— Mój mąż też myśli, że wszystko mu wolno… Ale ja już się nie boję.
Te słowa dały mi siłę. Zaczęłam pisać CV i rozsyłać je po okolicznych firmach. Po kilku tygodniach dostałam propozycję pracy w sklepie spożywczym na pół etatu.
Kiedy powiedziałam o tym Pawłowi, był zdziwiony:
— Naprawdę chcesz tu zostać?
— Nie wiem… Ale chcę być niezależna. Choć trochę.
Edward przestał ze mną rozmawiać. Czułam jego wzrok na plecach za każdym razem, gdy wychodziłam do pracy. Ale już się go nie bałam.
Dziś wiem jedno: nawet jeśli życie rzuca nas pod jeden dach z tyranem, zawsze można znaleźć w sobie odrobinę odwagi, by zawalczyć o siebie. Może to tylko mały krok — praca na pół etatu w sklepie spożywczym — ale dla mnie to początek nowego życia.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet wokół nas żyje w cieniu cudzych oczekiwań i strachu? Ile z nich znajdzie w sobie siłę, by powiedzieć „dość”? Czy naprawdę musimy czekać na cud — czy wystarczy zrobić ten pierwszy krok?