Moja mama odmówiła mi pomocy, gdy zostałam wdową z trójką dzieci – szczera spowiedź samotnej matki z Polski
– Mamo, błagam cię, zostań z dziećmi chociaż przez te trzy godziny. Muszę iść do pracy, nie mam nikogo innego – mój głos drżał, a łzy cisnęły się do oczu. Stałam w kuchni, ściskając telefon tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Po drugiej stronie słyszałam tylko ciężki oddech mojej mamy.
– Nie mogę, Aniu. Mam swoje życie. Już ci mówiłam – odpowiedziała chłodno. – Nie jestem niańką. Musisz sobie radzić sama.
W tamtej chwili poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce. Po śmierci Pawła wszystko się posypało. Zostałam sama z trójką dzieci: siedmioletnią Zosią, pięcioletnim Kubą i dwuletnią Marysią. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Praca w sklepie spożywczym nie dawała mi szans na elastyczny grafik, a opiekunka kosztowała więcej niż zarabiałam. Liczyłam na mamę – jedyną osobę, która mogła mi pomóc. Ale ona zamknęła przede mną drzwi.
Pamiętam dzień pogrzebu Pawła. Mama stała obok mnie, trzymała mnie za rękę i szeptała: „Jestem przy tobie”. Wtedy wierzyłam, że razem damy radę. Ale już tydzień później zaczęły się wymówki: „Boli mnie kręgosłup”, „Muszę jechać do sanatorium”, „Chcę odpocząć”. Z każdym kolejnym telefonem czułam coraz większą bezsilność i żal.
Wieczorami, gdy dzieci w końcu zasypiały, siadałam na podłodze w kuchni i płakałam w ciszy. Czasem miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu swój ból i rozczarowanie. Dlaczego własna matka odwróciła się ode mnie w najtrudniejszym momencie mojego życia?
Pewnego dnia Zosia podeszła do mnie z rysunkiem. Były na nim cztery postacie: ona, Kuba, Marysia i ja. Wszyscy trzymaliśmy się za ręce. – Mamo, czy tata patrzy na nas z nieba? – zapytała cicho.
Przytuliłam ją mocno. – Tak, kochanie. Tata zawsze jest z nami.
Ale w środku czułam pustkę i strach. Bałam się kolejnego dnia, kolejnej rozmowy z szefową, która coraz częściej patrzyła na mnie z irytacją, gdy prosiłam o wcześniejsze wyjście lub wolne popołudnie. Bałam się listów z banku i rachunków za prąd.
Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie siostra, Magda.
– Anka, mama mówiła mi, że znowu ją prosiłaś o pomoc. Daj jej spokój, ona już swoje wychowała – powiedziała bez cienia współczucia.
– Magda, ty nawet nie wiesz, jak to jest zostać samą z trójką dzieci! – wybuchłam.
– A kto ci kazał mieć tyle dzieci? – usłyszałam w odpowiedzi.
To był cios prosto w serce. Odłożyłam słuchawkę i długo nie mogłam się uspokoić. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.
W pracy zaczęły się plotki. Pani Basia z warzywniaka szeptała do koleżanki: „Ta Anka to chyba sobie nie radzi… Dzieci biegają po osiedlu bez opieki”. Ludzie patrzyli na mnie z litością albo pogardą.
Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Teresa.
– Aniu, widziałam twoje dzieci same na placu zabaw. Może czas poprosić o pomoc opiekę społeczną? – powiedziała z troską wymieszaną z oceną.
Zacisnęłam zęby. – Dziękuję za troskę, pani Tereso. Radzę sobie najlepiej jak potrafię.
Ale czy naprawdę sobie radziłam? Każdego dnia czułam się coraz bardziej zmęczona i samotna. Dzieci coraz częściej pytały o babcię: „Dlaczego babcia nie przychodzi?”, „Czy coś jej zrobiliśmy?”. Nie umiałam im odpowiedzieć.
W końcu zebrałam się na odwagę i pojechałam do mamy. Stała w drzwiach swojego mieszkania w bloku na Pradze, ubrana w elegancki sweter i spodnie.
– Mamo, proszę cię… Ja już nie daję rady – powiedziałam cicho.
Spojrzała na mnie surowo.
– Aniu, ja też mam swoje życie. Chcę odpocząć na stare lata. Ty jesteś dorosła, musisz być silna dla swoich dzieci.
– Ale ja już nie mam siły! – krzyknęłam przez łzy. – Potrzebuję cię!
Mama odwróciła wzrok.
– Przykro mi. Nie mogę ci pomóc.
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Dzieci przytuliły się do mnie bez słowa. Wtedy postanowiłam: nie będę już prosić nikogo o pomoc. Zaczęłam szukać dodatkowej pracy przez internet – sprzątałam mieszkania wieczorami, szyłam ubrania dla sąsiadek, piekłam ciasta na zamówienie. Było ciężko, ale przynajmniej miałam poczucie, że walczę o naszą przyszłość.
Minęły miesiące. Dzieci rosły, ja stawałam się coraz bardziej zmęczona i zamknięta w sobie. Czasem spotykałyśmy się z mamą na rodzinnych uroczystościach – była chłodna i zdystansowana. Nigdy nie zapytała, jak sobie radzę.
Któregoś dnia Marysia zachorowała na zapalenie płuc. Spędziłyśmy tydzień w szpitalu. Nikt nie odwiedził nas ani razu. Siedziałam przy jej łóżku całą noc i myślałam: czy naprawdę jestem taka beznadziejna? Czy zasłużyłam na to wszystko?
Po powrocie do domu znalazłam w skrzynce list od mamy:
„Aniu,
Nie potrafię być taką babcią, jakiej oczekujesz. Może kiedyś to zrozumiesz.”
Zgniotłam kartkę i wyrzuciłam do kosza.
Dziś wiem jedno: nie mogę liczyć na nikogo poza sobą i moimi dziećmi. One są moją siłą i moim sensem życia. Ale czasem zastanawiam się: czy naprawdę każda samotna matka musi być taka silna? Czy mamy prawo prosić o pomoc bez poczucia winy?
A może to świat powinien się zmienić, a nie my?