Więzy, których nie da się przeciąć – historia Magdy i jej rodziny

Drzwi trzasnęły tak głośno, że aż podskoczyłam na krześle. – Znowu! – jęknęła moja mama zza ściany. – Magda, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie trzaskała drzwiami?!

Miałam wtedy siedemnaście lat i czułam, że wszystko mnie dusi. Mieszkanie w bloku na warszawskim Bródnie było jak klatka – ciasna, duszna, pełna pretensji i niewypowiedzianych żalów. Mama, Halina, była wdową od dziesięciu lat. Ojca pamiętałam jak przez mgłę – jego śmiech, zapach papierosów i ciepłe dłonie. Umarł nagle na zawał, zostawiając nas samych: mnie, mamę i młodszego brata Pawła.

– Zostaw mnie w spokoju! – wrzasnęłam przez łzy. Wpadłam do swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi jeszcze mocniej. Mama weszła za mną bez pukania.

– Co się z tobą dzieje? Znowu się pokłóciłaś z Pawłem? – Jej głos był zmęczony, jakby każda rozmowa była walką o przetrwanie.

– On mnie nienawidzi! Wszystko zwala na mnie! – krzyczałam, choć wiedziałam, że to nieprawda. Paweł był po prostu zagubiony. Po śmierci taty zamknął się w sobie, a ja… ja stałam się dla mamy jedyną powierniczką jej żalu.

– Nie mów tak. Jesteśmy rodziną. Musimy się trzymać razem – powtarzała mama jak mantrę.

Ale ja czułam się coraz bardziej samotna.

***

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, poznałam Michała. Był studentem Politechniki, przystojny, pewny siebie, z błyskiem w oku. Zakochałam się bez pamięci. Mama była przeciwna:

– On cię zostawi z dzieckiem i kredytem! – ostrzegała.

Nie słuchałam. Chciałam uciec z domu, zacząć własne życie. Po roku bycia razem zaszłam w ciążę. Michał był przerażony, ale obiecał, że damy radę.

– Magda, kocham cię. Zrobimy wszystko razem – mówił, ściskając moją dłoń w szpitalu.

Mama nie przyszła na ślub cywilny. Przysłała mi tylko SMS-a: „Nie licz na mnie”.

Zamieszkaliśmy w wynajętej kawalerce na Pradze. Michał pracował na budowie po godzinach, ja próbowałam skończyć studia zaoczne i opiekować się małą Zosią. Było ciężko. Często płakałam po nocach z bezsilności i zmęczenia.

Pewnego dnia Michał wrócił późno do domu. Pachniał alkoholem.

– Gdzie byłeś? – spytałam cicho.

– Z chłopakami… Musiałem odreagować – burknął.

– A ja tu sama z dzieckiem! Nie mam nikogo!

– Przesadzasz! Każdy facet czasem musi się napić!

Zaczęły się kłótnie. Coraz częściej wychodził wieczorami, coraz rzadziej wracał trzeźwy. W końcu pewnej nocy nie wrócił wcale.

Zosia miała wtedy dwa lata. Zadzwoniłam do mamy:

– Mamo… On odszedł. Nie mam za co żyć.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Wiedziałam… Ale jesteś moją córką. Przyjedź z małą.

Wróciłam do rodzinnego mieszkania z podkulonym ogonem. Mama przyjęła mnie chłodno, ale pomogła znaleźć pracę w pobliskiej szkole jako woźna. Paweł już wtedy studiował w Krakowie i rzadko bywał w domu.

Zosia rosła szybko. Była moim światłem w tunelu – radosna, ciekawa świata, z oczami po ojcu. Starałam się być dla niej wszystkim: matką, ojcem, przyjaciółką.

Ale mama nie mogła mi wybaczyć moich wyborów.

– Gdybyś mnie posłuchała…

– Mamo! Przestań! Nie cofnę czasu!

Czułam się jak dziecko zamknięte w ciele dorosłej kobiety.

***

Minęły lata. Zosia skończyła liceum z wyróżnieniem i dostała się na medycynę w Warszawie. Byłam dumna jak paw. Paweł wrócił do Warszawy po studiach i zamieszkał z narzeczoną – Agatą – na nowym osiedlu pod miastem.

Mama zaczęła chorować. Najpierw były to zwykłe przeziębienia, potem poważniejsze infekcje. W końcu lekarze wykryli raka płuc.

– Magda… Ja już nie mam siły – powiedziała pewnego wieczoru, patrząc na mnie oczami pełnymi łez.

Przez ostatnie miesiące życia mamy opiekowałam się nią sama. Paweł wpadał raz na tydzień z zakupami i szybko znikał.

– Nie mogę patrzeć na mamę taką słabą…

– A ja mogę?! – wybuchałam ze złości i rozpaczy.

Pewnej nocy mama poprosiła mnie o rozmowę:

– Magda… Przepraszam cię za wszystko. Za to, że nie umiałam cię kochać tak, jak tego potrzebowałaś…

Objęłam ją mocno i płakałyśmy razem do rana.

Po jej śmierci poczułam pustkę większą niż kiedykolwiek wcześniej.

***

Zosia wyjechała na staż do Niemiec i tam poznała swojego chłopaka – Lukasa. Kiedy przyjechała do Polski przed świętami Bożego Narodzenia i powiedziała mi o zaręczynach, poczułam ukłucie zazdrości i strachu.

– Mamo… Ja chyba tam zostanę na stałe – powiedziała niepewnie przy kuchennym stole.

– Jak to? Przecież tu jest twój dom!

– Mamo… Ty też kiedyś chciałaś uciec od wszystkiego…

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bałam się zostać sama bardziej niż czegokolwiek innego.

Paweł tymczasem przechodził kryzys małżeński. Agata poroniła drugą ciążę i zamknęła się w sobie. Paweł coraz częściej dzwonił do mnie po nocach:

– Magda… Nie wiem już, jak jej pomóc…

Siedzieliśmy razem przy herbacie do późna, wspominając dzieciństwo i czasy, gdy byliśmy rodziną mimo wszystko.

***

Dziś mam czterdzieści pięć lat i mieszkam sama w tym samym bloku na Bródnie. Czasem odwiedza mnie Paweł z Agatą albo Zosia przysyła zdjęcia wnuczki przez WhatsAppa.

Często siadam wieczorem przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o tym wszystkim, co przeszłam: o miłości, która okazała się iluzją; o matce, której nigdy nie umiałam zrozumieć; o bracie, który zawsze był gdzieś obok; o córce, która wybrała własną drogę daleko ode mnie.

Czy można naprawdę zerwać więzy krwi? Czy jesteśmy skazani na powielanie błędów naszych rodziców? A może każdy z nas ma szansę przerwać ten łańcuch i zacząć od nowa?

Czasem myślę: czy gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym coś inaczej? Czy Wy też czasem żałujecie swoich wyborów? Jak radzicie sobie z ciężarem rodzinnych więzi?