Między ciszą a tęsknotą: mój syn wyjechał do Niemiec i przestał odbierać
„Mamo, muszę już iść. Pociąg.”
To były ostatnie słowa, jakie usłyszałam od Daniela. Stałam na peronie, trzymałam w ręku reklamówkę z kanapkami, jakbym mogła nimi zatrzymać cały świat. On miał na palcu obrączkę. Jeszcze błyszczała.
„Zadzwoń, jak dojedziesz” — powiedziałam.
„Jasne” — rzucił szybko i nawet nie spojrzał, bo już go ciągnęła jego żona, Ania. Uśmiechała się grzecznie, ale w tym uśmiechu było coś twardego. Jakby już wtedy wyznaczała granice.
Minął dzień. Potem drugi.
Dzwoniłam.
Sygnał. Raz. Drugi. Potem poczta.
Napisałam: „Danku, tylko daj znać, że jesteś.”
Odpowiedzi nie było.
Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Ewa.
„Przestań do niego wydzwaniać, bo go tylko nakręcasz” — powiedziała bez wstępu.
„Ewa, on nie odbiera. Ja nie wiem, czy żyje.”
„Żyje. Ma żonę. Ma swoje życie. Ty zawsze musisz wszystko kontrolować.”
Zacięło mnie. Bo ja nie chciałam kontrolować. Ja chciałam usłyszeć jego głos. Tyle.
W niedzielę poszłam do kościoła. Nie po to, żeby się modlić. Po to, żeby ludzie mnie zobaczyli. Żeby nikt nie szeptał, że „znowu coś u nich”. Bo u nas wszystko zawsze musiało wyglądać porządnie.
Po mszy zaczepiła mnie sąsiadka, Zofia.
„No i co, synuś już w Niemczech?”
„Tak” — powiedziałam i zacisnęłam palce na torebce.
„Pewnie teraz to już tylko praca, praca. Wiesz jak jest. Młodzi. A ty… nie siedź mu na głowie, bo ucieknie jeszcze dalej.”
Uśmiechnęłam się, jak każą. Ten polski uśmiech, co ma zasłonić wszystko. Wróciłam do domu i pierwszy raz od dawna nie zdjęłam płaszcza. Usiadłam w kuchni. Telefon leżał na stole jak kamień.
Zadzwoniłam znowu.
„Abonent jest czasowo niedostępny.”
Wtedy pękłam. Nie cicho. Głośno. Jakby ktoś we mnie odkręcił kran.
Przyszedł mój mąż, Marek. Stał w drzwiach i patrzył na mnie tak, jakby nie wiedział, co zrobić z cudzym bólem.
„Ile razy jeszcze?” — zapytał.
„A ty byś nie dzwonił?” — warknęłam przez łzy. „To jest nasze dziecko.”
„To jest dorosły mężczyzna” — odpowiedział. „I ma żonę. Nie rób scen.”
„Scen? Ja się boję!”
Marek westchnął. Ten jego ciężki oddech, który zawsze oznaczał: „Nie przesadzaj.”
„Ludzie gadają” — dodał ciszej. „Ewa mówiła, że dzwoniłaś do Ani.”
„Dzwoniłam. Raz.”
„I co?”
„Odebrała. Powiedziała: „Dan jest zajęty. Proszę nie dzwonić tak często.” Tak, jakbym była jakąś… obcą.”
Marek usiadł naprzeciwko.
„Może przestraszyła się, że będziesz im wchodzić w życie.”
„Ja im życie dałam” — powiedziałam twardo, a potem od razu pożałowałam. Bo zabrzmiało jak szantaż. A ja nie chciałam go trzymać. Ja chciałam go mieć.
W nocy przewijałam zdjęcia z wesela. Daan w białej koszuli. Ania w sukni. Ja obok, z uśmiechem, który teraz wyglądał jak maska.
Rano zadzwoniłam jeszcze raz. I jeszcze.
W końcu przyszła wiadomość. Krótka. Bez „mamo”.
„Nie dzwoń. Potrzebuję spokoju.”
Zrobiło mi się zimno w środku.
Wysłałam: „Co zrobiłam?”
Minęła godzina. Dwie.
Odpisał: „Ty zawsze robisz z wszystkiego dramat. Ania płacze przez ciebie. Daj nam żyć.”
Zobaczyłam te słowa i usłyszałam w głowie wszystkie nasze kłótnie z dawnych lat. Jak mówiłam: „Ucz się.” Jak pytałam: „Z kim byłeś?” Jak sprawdzałam, czy wrócił trzeźwy. Jak dzwoniłam, kiedy nie odpisywał.
Ale też pamiętałam, jak miał gorączkę i spał mi na rękach. Jak mówił: „Mamo, nie odchodź.”
Wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego ostatni raz. Nie odebrał.
Wtedy zadzwoniłam do Ani.
„Ania, proszę. Nie chcę się kłócić. Powiedz mi tylko, czy on jest zdrowy.”
Cisza. Potem jej głos, chłodny.
„Jest zdrowy. I chce, żeby pani przestała. My tu budujemy rodzinę.”
„A ja?” — wyrwało mi się.
„Pani ma męża” — odpowiedziała, jakby to było rozwiązanie wszystkiego.
Rozłączyła się.
Usiadłam na podłodze w przedpokoju. Marek stał nade mną.
„Widzisz?” — powiedział. „To przez twoje naciski.”
„A przez twoją ciszę?” — spojrzałam na niego. „Ty zawsze milczysz. Zawsze. Może gdybyś raz powiedział mu: „Zadzwoń do matki”, to by zadzwonił.”
Marek odwrócił wzrok.
Następnego dnia poszłam do pracy jak automat. W sklepie klientki mówiły o dzieciach, o wnukach, o wyjazdach. A ja kiwałam głową. Jakbym była wśród ludzi, ale za szybą.
Wieczorem Ewa przyszła bez zapowiedzi.
„Słuchaj” — zaczęła. „Musisz się ogarnąć. Nie możesz tak… bo on się odetnie na zawsze.”
„On już się odciął.”
„To przestań go ciągnąć za rękaw. W Polsce matki nie umieją odpuścić.”
„A w Polsce dzieci umieją zniknąć?” — zapytałam.
Ewa zamilkła. Bo to było niewygodne.
W końcu zrobiłam coś, co bolało najbardziej. Napisałam do Dana jedną wiadomość. Bez żalu. Bez oskarżeń.
„Daniel, kocham cię. Nie będę już dzwonić. Ale proszę, raz na jakiś czas napisz: „żyję”. Tylko tyle. Mama.”
Nie odpisał od razu.
Minął tydzień.
A potem, późnym wieczorem, przyszło jedno słowo.
„Dobrze.”
Patrzyłam na to „dobrze” jak na okruszek. Mały. Twardy. Ale mój.
I wtedy zrozumiałam, że mój największy konflikt nie jest z Anią, nie jest z Niemcami, nawet nie jest z nim. Jest we mnie. Między tym, co matka „powinna”, a tym, co człowiek może unieść.
Bo jak się kocha, a nie wolno tego pokazywać, to gdzie ma się podziać ta miłość?
Może każda matka kiedyś musi nauczyć się tęsknić w ciszy… tylko czy cisza musi tak boleć? Co byście zrobili na moim miejscu?