„Mamo, dlaczego płaczesz?” – Spowiedź wyczerpanej matki, która postanowiła zawalczyć o siebie

– Mamo, dlaczego płaczesz? – zapytała mnie Zosia, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami, kiedy stałam w kuchni, oparta o blat, z rękami zanurzonymi w pianie. Zmywałam naczynia po śniadaniu, a łzy same spływały mi po policzkach. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież nie mogłam powiedzieć pięcioletniej córce, że jej mama właśnie się rozpada. Że nie wie, jak przetrwać kolejny dzień. Że czuje się jak duch we własnym domu.

Od miesięcy żyłam na autopilocie. Każdy dzień wyglądał tak samo: pobudka o szóstej, śniadanie dla dzieci, potem szybkie ogarnięcie mieszkania, praca zdalna, pranie, zakupy, gotowanie, odrabianie lekcji z Antkiem, kąpiel, bajka na dobranoc. Mój mąż, Tomek, wracał późno z pracy, zmęczony i rozdrażniony. Często nawet nie pytał, jak minął mi dzień. Kiedy próbowałam mu powiedzieć, że jest mi ciężko, wzruszał ramionami: „Każdy ma swoje problemy, Anka. Musisz być silna, dzieci cię potrzebują”.

Ale ja już nie byłam silna. Czułam się jak w klatce, z której nie mogę się wydostać. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Nawet kiedy dzieci śmiały się i bawiły, ja czułam się jakby ktoś ściskał mnie za gardło. Zaczęłam mieć ataki paniki, nie mogłam spać, a rano budziłam się jeszcze bardziej zmęczona niż wieczorem. Przestałam dbać o siebie – nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam u fryzjera czy kupiłam sobie coś nowego. Wszystko było dla innych. Ja byłam tylko tłem.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci już spały, siadałam na kanapie i patrzyłam w ścianę. Tomek oglądał telewizję, czasem rzucał mi jakieś zdawkowe pytanie, ale widziałam, że nie słucha odpowiedzi. Próbowałam z nim rozmawiać, prosiłam o pomoc, o chwilę uwagi. „Przesadzasz, Anka. Inne kobiety też mają dzieci i jakoś dają radę. Może powinnaś się czymś zająć, żeby nie myśleć głupot.”

Wtedy poczułam, że jestem zupełnie sama. Nawet własny mąż mnie nie rozumie. Moja mama mieszkała w sąsiednim mieście, dzwoniła czasem, ale nie chciałam jej martwić. „Dzieci to szczęście, Aniu. Ciesz się, póki są małe, bo potem wyfruną z gniazda” – powtarzała. Ale ja nie czułam szczęścia. Czułam się jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię.

Pewnego dnia, kiedy Antek rozbił szklankę, a Zosia zaczęła płakać, bo nie mogła znaleźć swojej ulubionej lalki, po prostu usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać razem z nimi. Dzieci patrzyły na mnie z przerażeniem. Wtedy zrozumiałam, że muszę coś zmienić. Że jeśli tego nie zrobię, to któregoś dnia po prostu zniknę. Przestanę istnieć.

Zadzwoniłam do mamy. „Mamo, nie daję rady. Czy możesz zabrać dzieci na kilka dni?” – zapytałam, łamiącym się głosem. Mama nie pytała o szczegóły. „Przyjedź, Aniu. Zawsze możesz na mnie liczyć.”

Spakowałam dzieci, wsadziłam je do samochodu i pojechałam do mamy. Kiedy wracałam do pustego mieszkania, poczułam ulgę, ale też ogromne poczucie winy. Czy jestem złą matką, skoro nie chcę być z własnymi dziećmi? Czy jestem złą żoną, skoro nie potrafię już kochać swojego męża?

Przez kilka dni byłam sama. Leżałam na łóżku, patrzyłam w sufit, płakałam. Próbowałam przypomnieć sobie, kim byłam, zanim zostałam matką i żoną. Kiedyś lubiłam czytać książki, chodzić na spacery, spotykać się z przyjaciółkami. Teraz nie miałam już żadnych znajomych – wszyscy się rozjechali, każdy miał swoje życie. Ja zostałam sama z moją samotnością.

Tomek dzwonił, ale nie odbierałam. Wysłał mi tylko jednego smsa: „Nie rozumiem cię. Dzieci tęsknią. Wróć.”

Ale ja nie chciałam wracać. Chciałam w końcu pomyśleć o sobie. Zaczęłam chodzić na długie spacery, zapisałam się do psychologa. Po raz pierwszy od lat poczułam, że mam prawo być zmęczona, mam prawo czuć się źle. Psycholog powiedziała mi, że wypalenie rodzicielskie to nie wstyd. Że muszę nauczyć się prosić o pomoc i stawiać granice.

Po tygodniu pojechałam do mamy po dzieci. Zosia rzuciła mi się na szyję, Antek był trochę obrażony, ale szybko się rozchmurzył. Tomek patrzył na mnie z wyrzutem, ale nie powiedział ani słowa. Wieczorem usiedliśmy razem w kuchni. „Anka, co się z tobą dzieje?” – zapytał cicho. „Nie wiem, Tomek. Po prostu nie daję już rady. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję, żebyś był ze mną, a nie obok mnie.”

Tomek milczał długo. „Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Myślałem, że przesadzasz. Przepraszam.”

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy nasze małżeństwo przetrwa. Ale wiem jedno – nie chcę już być tylko tłem. Chcę być ważna. Chcę, żeby moje dzieci widziały szczęśliwą mamę, a nie wrak człowieka.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy mam prawo być zmęczona? Czy mam prawo chcieć czegoś więcej? A wy, jak myślicie – gdzie jest granica poświęcenia? Czy każda matka musi zapomnieć o sobie, żeby być dobrą matką?