Jedno jajko, dwa serca: Opowieść o rodzinie, która prawie się rozpadła
Gdyby ktoś mi powiedział, że wszystko rozstrzygnie się przez jedno jajko, wyśmiałabym go. Ale właśnie wtedy, gdy w kuchni rozbiłam skorupkę i usłyszałam cichy trzask, poczułam, jak pęka coś we mnie. To był środek stycznia, śnieg skrzypiał pod butami sąsiadów wracających z nocnej zmiany, a ja stałam w kuchni w starym szlafroku po mamie, z oczami pełnymi łez.
Mój mąż, Andrzej, nie wrócił na noc. Po raz pierwszy od dwudziestu trzech lat. Zawsze był domatorem – nawet kiedy się kłóciliśmy, zawsze wracał. Tym razem zadzwonił tylko: „Nie czekaj na mnie. Muszę przemyśleć parę spraw.”
Zostawił mnie samą z naszymi dwoma synami – Bartkiem i Michałem – którzy już od dawna patrzyli na nas jak na obcych ludzi. Bartek miał 19 lat i właśnie zdał maturę, Michał był w drugiej klasie liceum. Ostatnio coraz częściej zamykali się w swoich pokojach, słuchali muzyki na słuchawkach i uciekali wzrokiem, gdy próbowałam zagadać.
Wiedziałam, że Andrzej ma kogoś. Widziałam wiadomości na jego telefonie – krótkie, czułe, pełne emotikonów, których nigdy nie używał do mnie. „Kocham cię” napisała do niego jakaś Ewa. Ewa! Imię jak z telenoweli. Przez miesiące udawałam przed sobą, że to nic nie znaczy. Że to tylko kryzys wieku średniego. Ale kiedy nie wrócił na noc, wszystko stało się jasne.
Moja teściowa, pani Halina, zadzwoniła rano:
– Iza, co się dzieje? Andrzej nie odbiera telefonu.
– Nie wiem, mamo – odpowiedziałam szczerze. – Może jest u kolegi.
– U kolegi? W środku tygodnia? – prychnęła. – Ty coś przede mną ukrywasz.
Zawsze mnie podejrzewała o najgorsze. Że nie dbam o Andrzeja, że nie umiem gotować jak ona, że dzieci są źle wychowane. Kiedyś próbowałam jej tłumaczyć, że czasy się zmieniły – kobieta też chce pracować, mieć swoje życie. Ale ona tylko machała ręką.
Tego ranka nie miałam siły na kłótnie. Ugotowałam sobie jajko na miękko – pierwszy raz od lat tylko dla siebie. Zawsze gotowałam dla wszystkich: jajecznicę dla Bartka, omlet dla Michała, Andrzejowi sadzone z boczkiem. Dziś – jedno jajko. Samotne jak ja.
Wtedy do kuchni wszedł Bartek.
– Mamo… Tata wróci?
– Nie wiem – odpowiedziałam cicho.
– Pokłóciliście się?
– Trochę…
– On… on ma kogoś? – zapytał nagle prosto z mostu.
Zamarłam.
– Skąd wiesz?
– Michał widział go w galerii z jakąś kobietą. Trzymali się za ręce.
Poczułam się jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Bartek patrzył na mnie z wyrzutem i żalem.
– Dlaczego nam nic nie powiedziałaś?
– Bo chciałam was chronić…
– Przed czym? Przed prawdą?
Nie odpowiedziałam. Bartek wyszedł trzaskając drzwiami.
Wieczorem zadzwoniła moja mama:
– Iza, nie możesz tak tego zostawić! Walcz o rodzinę!
– A jeśli już nie ma o co walczyć?
– Zawsze jest! Pamiętasz jak twój ojciec też miał kryzys? Gdyby nie ja, już dawno byście byli bez ojca!
Mama zawsze była silna. Ja czułam się coraz słabsza.
Następnego dnia Andrzej wrócił. Bez słowa wszedł do mieszkania i zamknął się w łazience. Po godzinie wyszedł blady i zmęczony.
– Musimy porozmawiać – powiedział cicho.
Usiedliśmy przy stole w kuchni. Dzieci zamknęły się w swoich pokojach.
– Iza… Ja już nie wiem kim jestem. Przepraszam cię za wszystko. Za Ewę też…
– Kochasz ją?
Zamilkł.
– Nie wiem… Jest inna niż ty. Słucha mnie…
Poczułam ukłucie zazdrości i gniewu.
– A ja cię nie słuchałam przez dwadzieścia lat?
– Ty zawsze miałaś swoje zdanie…
Wybuchłam:
– Bo jestem człowiekiem! Nie twoją służącą!
Wtedy do kuchni wbiegła teściowa:
– Co tu się dzieje?! Andrzej! Jak możesz tak traktować Izę?!
On spojrzał na nią z nienawiścią:
– Mamo, przestań się wtrącać!
Wywiązała się awantura jakiej dawno nie było. Krzyki, płacz, trzaskanie drzwiami. Michał wybiegł z domu i wrócił dopiero nad ranem.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Andrzej spał na kanapie w salonie. Ja zamykałam się w sypialni i płakałam w poduszkę.
Któregoś ranka znów ugotowałam sobie jedno jajko. Stałam przy kuchence i patrzyłam jak białko ścina się powoli na patelni. Wtedy poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
Odwróciłam się – to był Andrzej.
– Iza… Przepraszam cię za wszystko. Nie chcę cię stracić.
Spojrzałam mu w oczy – pierwszy raz od miesięcy widziałam w nich strach i żal.
– A jeśli już za późno?
– Proszę… Daj mi szansę.
Wtedy do kuchni wszedł Michał:
– Możecie przestać? Mam dosyć tej ciszy! Albo się dogadacie albo rozstańcie!
Bartek dołączył:
– My też tu mieszkamy! Chcemy wiedzieć co dalej!
Usiedliśmy wszyscy przy stole. Po raz pierwszy od lat rozmawialiśmy szczerze – o bólu, o zdradzie, o samotności każdego z nas.
Andrzej przyznał się do wszystkiego. Ja powiedziałam o swoim zmęczeniu i poczuciu bycia niewidzialną.
Bartek płakał:
– Myślałem, że jesteście idealni…
Michał rzucił:
– Nikt nie jest idealny.
Po tej rozmowie zaczęliśmy powoli odbudowywać nasze życie – już nie takie samo jak dawniej, ale bardziej prawdziwe. Andrzej zerwał z Ewą i zaczął chodzić na terapię dla par ze mną. Teściowa przestała się wtrącać (choć czasem jeszcze rzuca kąśliwe uwagi). Chłopcy zaczęli wychodzić ze swoich pokoi i pomagać w domu.
A ja? Zaczęłam dbać o siebie – zapisałam się na jogę, zaczęłam czytać książki wieczorami zamiast prasować koszule do północy.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba rozbić skorupkę własnego życia i pozwolić sobie na łzy oraz szczerość. Może wtedy pojawi się szansa na nowy początek – nawet jeśli zaczyna się od jednego jajka na patelni.
Czy warto było walczyć? Czy można naprawdę wybaczyć zdradę? A może czasem trzeba pozwolić odejść temu, co już dawno umarło? Co wy byście zrobili na moim miejscu?