Jak modlitwa uratowała mnie, gdy żona walczyła o życie – prawdziwa historia o wierze, strachu i nadziei
– Nie możesz się teraz rozkleić, Tomek. Ania cię potrzebuje! – krzyczał w mojej głowie głos, który brzmiał jak mój ojciec, choć od lat już nie żył. Stałem na zimnym korytarzu szpitala przy ul. Banacha w Warszawie, ściskając w dłoni różaniec, który dostałem od babci na bierzmowanie. Była trzecia w nocy. Lekarz właśnie wyszedł z sali intensywnej terapii i spojrzał na mnie tym swoim zmęczonym, nieprzeniknionym wzrokiem.
– Panie Tomaszu, stan żony jest bardzo poważny. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale… – urwał i spuścił wzrok.
Nie pamiętam, jak wróciłem do poczekalni. Wiem tylko, że usiadłem na plastikowym krześle i zacząłem się modlić. Nie tak jak zawsze – bezmyślnie, z przyzwyczajenia. Tym razem każda „Zdrowaś Mario” była jak krzyk rozpaczy. „Boże, nie zabieraj mi Ani. Nie teraz. Nie tak.”
Ania miała 37 lat. Zawsze zdrowa, energiczna, uśmiechnięta. Dwa dni wcześniej śmialiśmy się z dzieciakami – Zosią i Michałem – podczas kolacji. Potem nagle zasłabła w łazience. Pogotowie przyjechało po pięciu minutach, ale dla mnie to była wieczność. Diagnoza: sepsa. Słowo, które brzmiało jak wyrok.
W szpitalu czas płynął inaczej. Godziny rozciągały się w nieskończoność. Każdy dźwięk telefonu wywoływał dreszcze. Moja teściowa, pani Halina, przyjechała rano i od razu zaczęła rządzić:
– Tomek, musisz być silny dla dzieci! Nie możesz siedzieć tu cały czas! Kto im zrobi śniadanie? Kto ich odprowadzi do szkoły?
– Mamo, ja… ja nie wiem, co robić – wyjąkałem.
– Wiem, że ci ciężko, ale nie możesz się załamać! – jej głos był twardy jak stal.
W domu panował chaos. Dzieci płakały nocami. Michał pytał: „Tato, czy mama wróci?” Zosia zamknęła się w sobie i przestała mówić. Ja próbowałem być silny, ale czułem się jak wrak człowieka.
Każdego wieczoru siadałem przy łóżku Ani i modliłem się na głos. Czasem miałem wrażenie, że słyszy moje słowa. Lekarze mówili: „Stan stabilny, ale krytyczny.”
Pewnego dnia przyszła moja siostra Magda. Przyniosła mi kanapki i termos z herbatą.
– Tomek, musisz coś zjeść. Wyglądasz okropnie.
– Nie mogę… Jak mam jeść, kiedy ona tam leży?
– Modlisz się?
– Cały czas.
– Ja też – powiedziała cicho i ścisnęła mnie za rękę.
Wtedy po raz pierwszy odważyłem się zapłakać przy kimś innym niż sam przed sobą.
Minęły dwa tygodnie. Każdy dzień był walką o nadzieję. Teściowa coraz częściej wyrzucała mi:
– Gdybyś wcześniej zauważył, że coś jest nie tak! Może to twoja wina?
Czułem się winny wszystkiemu. Że nie zauważyłem objawów. Że nie jestem wystarczająco dobrym ojcem. Że nie potrafię utrzymać rodziny w całości.
W niedzielę poszedłem do kościoła na mszę za Anię. Klęczałem w ławce i płakałem jak dziecko. Ksiądz podszedł do mnie po nabożeństwie.
– Panie Tomaszu, czasem jedyne, co możemy zrobić, to zaufać Bogu – powiedział łagodnie.
Te słowa zostały ze mną na długo.
Wróciłem do szpitala z nową siłą. Zacząłem codziennie czytać Ani fragmenty Pisma Świętego. Modliłem się z dziećmi przed snem. Prosiłem znajomych o wsparcie duchowe.
Pewnego ranka lekarz zadzwonił:
– Panie Tomaszu… żona zaczyna reagować na bodźce. To dobry znak.
Nie wierzyłem własnym uszom. Pobiegłem do szpitala szybciej niż kiedykolwiek w życiu.
Ania otworzyła oczy i uśmiechnęła się słabo.
– Tomek… jesteś tu?
– Jestem, kochanie! Jestem!
Płakałem ze szczęścia jak dziecko.
Rekonwalescencja trwała długo. Były wzloty i upadki. Teściowa przeprosiła mnie za swoje słowa:
– Przepraszam cię, Tomek… Byłam niesprawiedliwa.
– Wiem, mamo… wszyscy byliśmy pod presją.
Dzieci wróciły do normalności powoli. Michał znów zaczął się śmiać, a Zosia przytuliła mnie pewnego wieczoru i powiedziała: „Tato, mama wróciła dzięki tobie.”
Nie wiem, czy to była tylko siła modlitwy czy też determinacja lekarzy – pewnie jedno i drugie. Ale wiem jedno: bez wiary bym nie przetrwał.
Czasem patrzę na Anię i myślę: „Dlaczego my? Dlaczego ona?” Ale potem dziękuję za każdy dzień razem.
Czy naprawdę doceniamy tych, których kochamy? Czy musimy ich prawie stracić, żeby zrozumieć ich wartość?