Dzień, w którym moja teściowa nazwała mnie 'córką’ – historia o przebaczeniu i rodzinnych ranach
– Nie jesteś stąd, prawda? – usłyszałam, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania państwa Nowaków. Zimny głos pani Barbary przeszył mnie na wskroś. Stałam w korytarzu z bukietem tulipanów, które miały być moim biletem do sympatii przyszłej teściowej. – U nas w domu nie jada się takich rzeczy – dodała, patrząc z dezaprobatą na sernik, który upiekłam specjalnie na tę okazję.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek. Mój narzeczony, Tomek, ścisnął mnie za rękę pod stołem. – Mamo, daj spokój – szepnął, ale ona tylko przewróciła oczami. Przez całą kolację czułam się jak intruz. Każde moje słowo było analizowane, każdy gest oceniany. Nawet kiedy opowiadałam o swojej pracy w bibliotece, pani Barbara rzucała kąśliwe uwagi: – No tak, książki… A kiedy zamierzacie się ustatkować? Dzieci? Dom?
Po powrocie do naszego wynajmowanego mieszkania w Warszawie płakałam długo. Tomek próbował mnie pocieszyć: – Ona taka już jest. Musisz się przyzwyczaić. Ale jak można przyzwyczaić się do bycia niechcianą?
Mijały miesiące. Ślub zbliżał się wielkimi krokami, a ja coraz bardziej czułam się obca w rodzinie Tomka. Każda wizyta u teściów to była walka o oddech. Pani Barbara nie szczędziła mi złośliwości: – Moja synowa powinna umieć gotować rosół jak należy. – Twoja matka nie nauczyła cię prasować koszul? – pytała z udawaną troską.
W końcu wybuchłam. – Dlaczego pani mnie tak nie lubi? – zapytałam pewnego dnia, gdy zostałyśmy same w kuchni. Spojrzała na mnie zaskoczona. – Ja cię nie znam – odpowiedziała chłodno. – Tomek zasługuje na kogoś lepszego.
To bolało bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne tygodnie unikałam spotkań rodzinnych. Tomek był rozdarty między mną a matką. Widziałam, jak cierpi, ale nie potrafiłam już udawać, że wszystko jest w porządku.
W dniu ślubu pani Barbara przyszła ubrana na czarno. – To nie żałoba, to elegancja – tłumaczyła się wszystkim wokół. Ale ja wiedziałam swoje. Przez całą uroczystość patrzyła na mnie z chłodnym dystansem.
Po ślubie zamieszkaliśmy z Tomkiem w małym mieszkaniu na Mokotowie. Życie zaczęło się układać, ale cień teściowej wisiał nad nami nieustannie. Każda rozmowa telefoniczna kończyła się kłótnią. – Kiedy wnuki? – pytała co tydzień. – Tomek wygląda na zmęczonego, czy ty w ogóle gotujesz mu obiady?
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama: – Aniu, czy wszystko u was dobrze? Słyszałam od Barbary, że Tomek jest chory… Zamarłam. Skąd ona mogła wiedzieć? Okazało się, że pani Barbara rozpowiadała po rodzinie plotki o naszym małżeństwie.
Wybuchłam płaczem. Tomek wrócił z pracy i zastał mnie roztrzęsioną. – Musisz coś z tym zrobić – powiedziałam stanowczo. – Albo ona przestanie się wtrącać, albo ja tego nie wytrzymam.
Tomek pojechał do rodziców sam. Wrócił późno w nocy, blady i milczący. – Powiedziałem jej wszystko – wyznał cicho. – Że cię kocham i że jeśli nie zaakceptuje naszego małżeństwa, to przestaniemy się widywać.
Przez kilka tygodni panowała cisza. Żadnych telefonów, żadnych wizyt. Czułam ulgę i jednocześnie pustkę. Czy naprawdę tego chciałam? Czy rodzina Tomka nie była też moją rodziną?
W końcu nadszedł dzień, który zmienił wszystko.
Było późne popołudnie, padał deszcz. Ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam panią Barbarę stojącą na klatce schodowej z parasolką i torbą pełną zakupów.
– Mogę wejść? – zapytała cicho.
Wpuściłam ją do środka. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– Aniu… – zaczęła niepewnie. – Chciałam cię przeprosić.
Zaniemówiłam.
– Bałam się cię zaakceptować, bo bałam się stracić syna – mówiła łamiącym się głosem. – Ale widzę, jak bardzo jesteście szczęśliwi razem… I jak bardzo cię raniłam.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Nie chcę być przeszkodą w waszym życiu. Chciałabym… chciałabym spróbować być dla ciebie matką.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
– Czy mogę cię nazwać córką? – zapytała cicho.
Wtedy pękło we mnie coś twardego i zimnego. Przytuliłyśmy się obie i płakałyśmy długo.
Od tego dnia wszystko zaczęło się zmieniać. Pani Barbara powoli stawała się dla mnie kimś bliskim. Zaczęłyśmy razem gotować obiady, rozmawiać o życiu i śmiać się z drobiazgów. Oczywiście, czasem wracały stare przyzwyczajenia i kąśliwe uwagi, ale już potrafiłyśmy o tym rozmawiać.
Dziś wiem jedno: rodzina to nie tylko więzy krwi, ale przede wszystkim wybór i gotowość do przebaczenia.
Czasem zastanawiam się: ile rodzin mogłoby być szczęśliwszych, gdybyśmy potrafili wybaczać sobie nawzajem? Czy naprawdę tak trudno jest powiedzieć „przepraszam” i „kocham cię”? Jakie są Wasze doświadczenia z teściowymi i rodziną?