Sześć lat na kanapie: Moje małżeństwo z leniwcem
„Adam, znowu to robisz!” – krzyknęłam, widząc jak mój mąż po raz kolejny opada na kanapę, ledwo przekroczywszy próg mieszkania. Było to nasze codzienne popołudniowe rytuały, które zaczynały mnie doprowadzać do szału. Adam pracował jako informatyk w dużej korporacji w Warszawie. Jego praca była wymagająca, ale czy to usprawiedliwiało jego całkowitą bierność w domu?
„Kochanie, daj mi chwilę odpocząć” – odpowiedział znużonym głosem, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. „Cały dzień siedzę przed komputerem, potrzebuję chwili dla siebie.”
Zrozumiałabym to, gdyby nie fakt, że ta „chwila” trwała do późnych godzin nocnych. Adam nie miał żadnych zainteresowań poza oglądaniem seriali i graniem w gry komputerowe. Nasze rozmowy ograniczały się do wymiany uprzejmości przy śniadaniu i sporadycznych kłótni o jego brak zaangażowania w życie rodzinne.
Pamiętam, jak kiedyś byliśmy pełni marzeń i planów. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Adam był wtedy pełen energii i ambicji. Chciał podróżować, rozwijać się zawodowo, a przede wszystkim – założyć rodzinę. Ja również miałam swoje marzenia – chciałam otworzyć własną kawiarnię i pisać książki. Wydawało się, że jesteśmy idealnie dopasowani.
Jednak z biegiem lat coś się zmieniło. Adam zaczął unikać rozmów o przyszłości. Każda próba poruszenia tematu kończyła się jego wycofaniem lub irytacją. „Nie teraz, Marto. Nie mam na to siły” – mówił, a ja czułam, jak nasze marzenia rozpływają się w powietrzu.
Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z jego matką, panią Anną. Była to kobieta o silnym charakterze, która zawsze miała dobre rady. „Marto, Adam zawsze był trochę leniwy” – powiedziała z uśmiechem. „Ale to nie znaczy, że nie kocha cię całym sercem. Może potrzebuje tylko małego bodźca?”
Zaczęłam więc szukać sposobów na zmotywowanie Adama. Zapisałam nas na kurs tańca, ale po dwóch zajęciach przestał chodzić. Zorganizowałam weekendowy wyjazd w góry, ale spędził większość czasu w schronisku przed telewizorem. Każda moja próba kończyła się fiaskiem.
W międzyczasie ja sama zaczęłam realizować swoje marzenia. Otworzyłam małą kawiarnię na Mokotowie i zaczęłam pisać bloga o życiu w Warszawie. Czułam się spełniona zawodowo, ale brakowało mi wsparcia ze strony Adama.
Nasze małżeństwo zaczynało przypominać dwie równoległe linie – żyliśmy obok siebie, ale nie razem. Pewnego wieczoru, po kolejnej kłótni o jego brak zaangażowania, Adam powiedział coś, co mną wstrząsnęło: „Może po prostu nie jestem wystarczająco dobry dla ciebie.”
Te słowa uderzyły mnie jak piorun. Czy naprawdę tak myślał? Czy to ja byłam zbyt wymagająca? Zaczęłam zastanawiać się nad naszym związkiem i tym, co poszło nie tak.
Postanowiłam dać nam jeszcze jedną szansę. Zorganizowałam romantyczną kolację w naszej ulubionej restauracji i próbowałam porozmawiać z Adamem o naszych uczuciach. „Adam, co się z nami stało?” – zapytałam z nadzieją w głosie.
„Nie wiem, Marto” – odpowiedział cicho. „Czuję się jakbym utknął w miejscu i nie wiem, jak ruszyć dalej.”
To była nasza pierwsza szczera rozmowa od miesięcy. Zrozumiałam wtedy, że Adam potrzebuje pomocy, a nie krytyki. Zaczęliśmy chodzić na terapię małżeńską i powoli odbudowywać naszą relację.
Minęło kilka miesięcy i choć nie było łatwo, zaczęliśmy dostrzegać pierwsze efekty naszej pracy nad sobą. Adam zaczął angażować się w życie rodzinne i nawet znalazł nowe hobby – fotografię.
Nasza historia jest dowodem na to, że nawet najbardziej zniechęcający związek można uratować, jeśli obie strony są gotowe do pracy nad sobą. Czasami potrzeba tylko odrobiny cierpliwości i zrozumienia.
Czy można odnaleźć szczęście w związku, gdzie jedna osoba ciągle stoi w miejscu? Może odpowiedzią jest wspólne poszukiwanie drogi naprzód.