„Nakup sobie sam i gotuj, ja już cię nie będę utrzymywać.”: Opowieść o przełomie w małżeństwie, który zmienił wszystko
— Nakup sobie sam i gotuj, ja już cię nie będę utrzymywać — wyrzuciłam z siebie te słowa z taką siłą, że aż echo odbiło się od ścian naszej kuchni. Stałam przy zlewie, w rękach ściskałam mokrą szmatkę, a łzy cisnęły mi się do oczu. Andrzej spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiał, co właśnie się wydarzyło.
— Co ty wygadujesz, Magda? — zapytał cicho, jakby bał się, że głośniej wypowiedziane słowa roztrzaskają naszą codzienność na kawałki.
Ale ona już dawno była rozbita. Tylko udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Że to normalne, że po pracy robię zakupy, gotuję obiad, sprzątam po nim i jeszcze pytam, czy może zrobić mu herbatę. Że to normalne, że Andrzej po powrocie z pracy siada przed telewizorem i znika na kilka godzin w świecie sportu i wiadomości. Że to normalne, że wieczorami zasypiam sama, bo on „musi jeszcze coś sprawdzić w komputerze”.
Ale tego wieczoru coś we mnie pękło. Może to przez ten dzień w pracy, kiedy szefowa znowu zrzuciła na mnie dodatkowe obowiązki. Może przez telefon od mamy, która narzekała na samotność i pytała, kiedy wreszcie ją odwiedzę. Może przez to, że dzieci wyjechały na studia i dom nagle stał się za duży i za cichy. A może przez to, że od miesięcy nie usłyszałam od Andrzeja zwykłego „dziękuję”.
— Magda, nie przesadzaj. Przecież zawsze tak było — próbował mnie uciszyć.
— Właśnie! Zawsze tak było! — krzyknęłam. — I mam tego dość! Mam dość tego, że jestem tu tylko po to, żeby ci usługiwać! Że wszystko jest na mojej głowie!
Widziałam w jego oczach złość i strach. I coś jeszcze — może cień wstydu? Ale nie powiedział nic więcej. Wyszedł z kuchni trzaskając drzwiami.
Usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Tak naprawdę płakać — pierwszy raz od lat. Przez chwilę miałam ochotę pobiec za nim i przeprosić. Ale potem poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar, który dźwigałam od lat.
Następnego dnia Andrzej wrócił późno z pracy. Wszedł do kuchni, rozejrzał się niepewnie i zapytał:
— Co na obiad?
— Nie wiem — odpowiedziałam spokojnie. — Ja już jadłam.
Patrzył na mnie długo, jakby próbował zrozumieć nową rzeczywistość. W końcu wyjął z lodówki parówki i ugotował je sobie w mikrofalówce. Siedziałam w salonie i słyszałam, jak przeklina pod nosem.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Rozmawialiśmy tylko o tym, co konieczne: rachunki, zakupy, pranie. Andrzej próbował kilka razy zagaić rozmowę, ale ja byłam nieugięta. Po raz pierwszy od lat zaczęłam myśleć o sobie.
Zaczęłam wychodzić na spacery po pracy. Spotkałam się z Anką — moją przyjaciółką ze studiów, której nie widziałam od lat. Poszłyśmy na kawę do małej kawiarni na Starym Mieście. Opowiedziałam jej wszystko.
— Magda, ty zawsze byłaś taka silna — powiedziała Anka. — Ale czasem trzeba być silną dla siebie, nie dla innych.
Te słowa zostały ze mną na długo.
W domu Andrzej coraz częściej był nieobecny. Zaczął wychodzić wieczorami „na piwo z kolegami”. Czasem wracał późno i czułam od niego alkohol. Zaczęły się ciche dni — tygodnie bez rozmów, bez dotyku.
Pewnego wieczoru usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
— Magda… My tak dalej nie możemy — powiedział cicho.
— Wiem — odpowiedziałam równie cicho.
— Może… Może powinniśmy spróbować terapii? Albo…
— Albo co? Rozwodu?
Zamilkł. Patrzyliśmy na siebie długo. Widziałam w jego oczach zmęczenie i żal. I może trochę tęsknoty za tymi wszystkimi latami, które spędziliśmy razem.
Zgodziłam się na terapię. Przez kilka miesięcy chodziliśmy do pani psycholog na warszawskim Mokotowie. Rozmawialiśmy o wszystkim: o tym, jak bardzo się oddaliliśmy; o tym, jak Andrzej nigdy nie nauczył się okazywać wdzięczności; o tym, jak ja przez lata tłumiłam własne potrzeby.
Były łzy, były krzyki i były chwile ciszy tak gęstej, że można ją było kroić nożem.
Ale coś się zmieniło. Andrzej zaczął pomagać w domu — najpierw nieporadnie, potem coraz pewniej. Zaczął pytać mnie o zdanie w sprawach codziennych. Zaczął mówić „dziękuję”.
Nie wiem jeszcze, czy uda nam się odbudować nasze małżeństwo. Czasem mam ochotę spakować walizkę i wyjechać gdzieś daleko — do Gdańska nad morze albo do Zakopanego w góry. Czasem czuję wdzięczność za te wspólne lata i za to, że próbujemy jeszcze raz.
Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie zapomnieć o sobie samej.
Czasem patrzę na Andrzeja i pytam siebie: czy można kochać kogoś bez rezygnowania z własnych marzeń? Gdzie jest granica między miłością a poświęceniem? Może wy mi powiecie…