Mój mąż oddał wszystko, co przygotowałam na tydzień, swojej matce – poczułam się zdradzona i niewidzialna
– Co ty robisz, Piotr? – zapytałam, patrząc, jak wynosi z lodówki kolejne pojemniki. Miałam wrażenie, że śnię. W kuchni pachniało jeszcze świeżo upieczonym chlebem, a na blacie stały słoiki z zupą, które gotowałam przez pół dnia. Wszystko było przygotowane na cały tydzień – dla nas, dla dzieci. Piotr nawet nie spojrzał mi w oczy. – Mama zadzwoniła, mówiła, że nie ma co jeść. Zawieziemy jej to wszystko, ona jest sama, a ty przecież możesz ugotować jeszcze raz – rzucił, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Stałam w tej kuchni, w fartuchu, z rękami ubrudzonymi mąką, i patrzyłam, jak mój mąż, bez słowa wdzięczności, bez pytania, zabiera wszystko, co przygotowałam z myślą o naszej rodzinie. Naszej. Nie jego matce. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. – Piotr, to jedzenie jest dla nas. Dla dzieci. Wiesz, ile czasu mi to zajęło? – próbowałam jeszcze coś powiedzieć, ale on już był przy drzwiach. – Marta, przestań. Mama jest sama, nie przesadzaj. Zawsze robisz z igły widły – rzucił przez ramię i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Zostałam sama w kuchni, w której jeszcze przed chwilą czułam się bezpiecznie. Zrobiło się zimno i pusto. Dzieci bawiły się w pokoju, nieświadome, że właśnie straciły swoje ulubione naleśniki na śniadanie, zupę na obiad i ciasto na podwieczorek. Usiadłam na krześle i poczułam, jak łzy same płyną mi po policzkach. To nie był pierwszy raz, kiedy Piotr postawił swoją matkę ponad nas. Ale pierwszy raz zrobił to tak otwarcie, tak bezwzględnie. Jakbyśmy nie istnieli.
Przypomniałam sobie, jak było na początku. Piotr był czuły, troskliwy, zawsze powtarzał, że rodzina jest najważniejsza. Ale odkąd jego ojciec zmarł, a teściowa została sama, wszystko się zmieniło. Piotr biegał do niej na każde skinienie. Zostawiał mnie z dziećmi, z domem, z problemami. A ja, głupia, tłumaczyłam sobie, że to minie, że to tylko chwilowe. Przecież to jego matka, powinnam być wyrozumiała. Ale ile można być wyrozumiałą?
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, Piotr wrócił. Wszedł do kuchni, nawet nie spojrzał na mnie. – Mama była bardzo wdzięczna – powiedział, jakby to miało wszystko załatwić. – A my? – zapytałam cicho. – My nie jesteśmy ważni? – Marta, nie zaczynaj. Zawsze robisz z tego dramat. Przecież możesz ugotować jeszcze raz. Co to za problem? – odpowiedział z irytacją. – Problem jest taki, że nie pytasz mnie o zdanie. Że nie liczysz się z moją pracą, z moim czasem. Że traktujesz mnie jak służącą, która ma tylko gotować i sprzątać. – Przestań, naprawdę. Przesadzasz – rzucił i wyszedł z kuchni.
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słyszałam ciche oddechy dzieci w pokoju obok. Czułam się pusta, niewidzialna, jakby mnie nie było. Przypomniałam sobie wszystkie te sytuacje, kiedy Piotr stawiał matkę ponad nas. Kiedy odwoływał nasze plany, bo ona czegoś potrzebowała. Kiedy krytykował mnie za to, że nie jestem taka jak ona. Kiedy mówił, że powinnam się od niej uczyć. Ile razy jeszcze miałam to znosić?
Następnego dnia rano dzieci zapytały o naleśniki. – Mama, a gdzie nasze śniadanie? – zapytała Zosia, patrząc na mnie wielkimi oczami. – Tata zabrał wszystko do babci – odpowiedziałam, starając się, żeby mój głos nie zadrżał. – Ale przecież to było dla nas… – szepnęła Zosia. – Wiem, kochanie. Dziś zrobimy coś innego – powiedziałam, choć w środku czułam bunt i bezsilność.
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka, Ania, zauważyła, że jestem przygaszona. – Co się stało, Marta? – zapytała podczas przerwy na kawę. – Piotr znowu oddał wszystko swojej matce. Nawet nie zapytał. Po prostu zabrał. A ja… czuję się, jakbym nie istniała – powiedziałam, a łzy napłynęły mi do oczu. – Marta, musisz z nim porozmawiać. Tak dalej być nie może. On nie ma prawa tak cię traktować – powiedziała Ania stanowczo. – Próbowałam. On uważa, że przesadzam. Że to ja robię problem – odpowiedziałam bezradnie. – To nie ty robisz problem. On nie widzi, jak cię rani. Może powinnaś postawić granice? – poradziła Ania.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam z Piotrem w salonie. – Musimy porozmawiać – zaczęłam. – O czym znowu? – westchnął. – O nas. O tym, jak mnie traktujesz. O tym, że czuję się niewidzialna. Że nie liczysz się z moimi uczuciami, z moją pracą. – Marta, naprawdę nie mam na to siły. Przecież to tylko jedzenie. – Dla ciebie to tylko jedzenie. Dla mnie to czas, wysiłek, troska o rodzinę. Dla dzieci to poczucie bezpieczeństwa. A ty to wszystko oddałeś, nawet nie pytając mnie o zdanie. – Przesadzasz. Mama jest sama, potrzebuje pomocy. – A my? My nie potrzebujemy? – zapytałam, czując, jak głos mi drży. – Ty zawsze sobie poradzisz – odpowiedział, jakby to miało wszystko tłumaczyć.
Wtedy zrozumiałam, że dla Piotra zawsze będę na drugim miejscu. Że nigdy nie będę dla niego tak ważna, jak jego matka. Poczułam w sobie gniew, ale też siłę. – Piotr, jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, jeśli jeszcze raz postawisz swoją matkę ponad nas, będziesz musiał wybrać. Albo my, albo ona. Nie pozwolę, żebyś mnie tak traktował. Nie jestem twoją służącą. Jestem twoją żoną. Matką twoich dzieci. Zasługuję na szacunek – powiedziałam stanowczo.
Piotr patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. – Przesadzasz – powtórzył tylko i wyszedł z pokoju. Ale ja już wiedziałam, że coś się we mnie zmieniło. Że nie pozwolę się więcej tak traktować. Że zacznę walczyć o siebie, o dzieci, o nasze poczucie bezpieczeństwa.
Od tamtej pory zaczęłam stawiać granice. Przestałam robić wszystko sama. Przestałam tłumaczyć Piotra przed dziećmi. Zaczęłam mówić głośno o swoich uczuciach. To nie było łatwe. Były kłótnie, łzy, ciche dni. Ale pierwszy raz w życiu poczułam, że mam prawo do własnych uczuć, do szacunku, do bycia widzialną.
Czasem zastanawiam się, dlaczego tak długo pozwalałam się tak traktować. Dlaczego tak trudno było mi powiedzieć „dość”. Może dlatego, że przez lata wmawiano mi, że rodzina jest najważniejsza, że trzeba być wyrozumiałą, cierpliwą, poświęcać się dla innych. Ale czy naprawdę musimy poświęcać siebie, żeby inni byli szczęśliwi?
Czy wy też kiedyś poczuliście się niewidzialni we własnym domu? Czy walczyliście o siebie, nawet jeśli wszyscy wokół mówili, że przesadzacie?