Zaczęłam od nowa w wieku 55 lat – mimo sprzeciwu własnej rodziny. Czy miałam prawo wybrać siebie?

– Mamo, zwariowałaś? – głos Agaty drżał od złości i niedowierzania. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej kuchni, tej samej, w której przez trzydzieści lat gotowałam dla rodziny rosół na niedzielę. Teraz jej spojrzenie było jak zimny prysznic.

– Agata, ja… ja muszę to zrobić. Dla siebie – odpowiedziałam cicho, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.

Od tygodni nosiłam się z tą decyzją. W wieku 55 lat postanowiłam zostawić dom w Piasecznie, męża, dorosłe dzieci i wnuki. Chciałam wyjechać do Gdańska, zacząć pracę w małej księgarni, którą prowadziła moja przyjaciółka z dawnych lat. Chciałam oddychać innym powietrzem, poczuć się jeszcze raz sobą, nie tylko matką, żoną, babcią.

Ale rodzina nie rozumiała. Mąż, Andrzej, patrzył na mnie jak na obcą. – Po tylu latach? Zostawiasz wszystko dla jakiejś fanaberii? – pytał z goryczą.

Syn, Tomek, nie odezwał się do mnie od tygodnia. Wnuczka Zosia płakała przez telefon: – Babciu, nie wyjeżdżaj…

Każda rozmowa była jak rozdzieranie starej rany. Czułam się winna, egoistyczna. Ale czy naprawdę miałam jeszcze czekać na „lepszy moment”? Czy kobieta w moim wieku nie ma prawa do własnych marzeń?

Pamiętam dzień, kiedy podjęłam ostateczną decyzję. Siedziałam sama w salonie, patrząc na zdjęcia rodzinne na komodzie. Na jednym z nich byłam młoda, uśmiechnięta, trzymałam Agatę na rękach. Wtedy jeszcze wierzyłam, że wszystko jest możliwe. Potem życie zamknęło mnie w ramy obowiązków i oczekiwań.

Zadzwoniłam do Ewy, mojej przyjaciółki z liceum.

– Ela, jeśli chcesz, miejsce w księgarni jest twoje. Ale musisz być pewna – powiedziała spokojnie.

– Jestem pewna – odpowiedziałam i poczułam ulgę.

Pakowanie było jak rytuał pożegnania. Każda rzecz przypominała mi o przeszłości: ślubny welon schowany na dnie szafy, rysunki dzieci, listy od Andrzeja z czasów narzeczeństwa. Płakałam nad każdym wspomnieniem.

Ostatni wieczór spędziłam z rodziną przy stole. Cisza była ciężka jak ołów.

– Mamo, nie rozumiem cię – powiedziała Agata. – Przecież masz wszystko: dom, rodzinę…

– Mam wszystko oprócz siebie – wyszeptałam.

Następnego dnia wyjechałam. Pociąg do Gdańska był prawie pusty. Patrzyłam przez okno na mijane pola i czułam się wolna i przerażona jednocześnie.

Pierwsze dni w nowym miejscu były trudne. Wynajęłam małe mieszkanie na Wrzeszczu. Księgarnia Ewy pachniała kawą i starym papierem. Praca była spokojna, ale wieczorami ogarniała mnie samotność.

Pewnego dnia zadzwonił Andrzej.

– Ela… czy ty naprawdę nie wrócisz?

– Nie wiem… Muszę spróbować żyć inaczej – odpowiedziałam drżącym głosem.

Agata przysłała mi SMS-a: „Nie rozumiem cię, ale kocham cię”.

Tomek milczał.

W księgarni poznawałam nowych ludzi: panią Halinę, która codziennie kupowała kryminały; młodego studenta Filipa, który szukał sensu życia w poezji Szymborskiej; samotnego wdowca pana Zbyszka, który przynosił mi domowe ciasto.

Zaczęłam chodzić nad morze. Słuchałam szumu fal i myślałam o tym, ile lat żyłam cudzymi oczekiwaniami. Czy naprawdę byłam złą matką? Czy można być dobrą dla innych, jeśli zapomina się o sobie?

Po kilku miesiącach Agata przyjechała mnie odwiedzić.

– Mamo… wyglądasz inaczej – powiedziała zaskoczona.

– Lepiej czy gorzej?

– Po prostu… jakbyś była sobą.

Usiadłyśmy razem na plaży. Opowiedziałam jej o pracy w księgarni, o nowych znajomościach, o tym, jak bardzo tęsknię za rodziną.

– Wiesz… chyba zaczynam cię rozumieć – powiedziała cicho Agata. – Może kiedyś też będę musiała coś zmienić w swoim życiu.

Wieczorem zadzwonił Tomek.

– Mamo… przepraszam. Bałem się cię stracić. Ale chyba nigdy cię nie miałem naprawdę…

Płakałam długo po tej rozmowie.

Dziś mija rok od mojego wyjazdu. Nadal tęsknię za rodziną, ale czuję się silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Nauczyłam się być sama ze sobą i nie bać się własnych pragnień.

Czasem pytam siebie: czy miałam prawo wybrać siebie kosztem innych? Czy egoizm matki to zawsze coś złego? Co wy byście zrobili na moim miejscu?