„W dniu moich 55. urodzin mąż odszedł – i patrzyłam, jak trzyma za rękę inną kobietę”
– Naprawdę musisz już iść? – zapytałam, patrząc na niego przez stół nakryty do kolacji. Na talerzach parowała jeszcze zupa dyniowa, a świeczki, które zapaliłam specjalnie na tę okazję, rzucały ciepłe światło na jego zmęczoną twarz.
Marek odsunął się od stołu, nawet nie podnosząc wzroku. – Muszę jeszcze coś załatwić w pracy, wiesz jak jest – rzucił, sięgając po płaszcz. Zostawił mi bukiet tulipanów i butelkę wina, które kupił w osiedlowym sklepie. Nawet nie zdążyłam powiedzieć „dziękuję”, kiedy już zamykał za sobą drzwi.
To były moje 55. urodziny. Dzieci – Kasia i Tomek – zadzwoniły z życzeniami, ale nie mogły przyjechać. Miałam nadzieję, że chociaż Marek zostanie ze mną na kolacji. Zawsze był taki zapracowany, ale tego dnia czułam, że coś jest nie tak. W jego oczach nie było już czułości.
Następnego dnia nie wrócił na noc. Zadzwoniłam do niego o 22:00, ale nie odebrał. Odpisał dopiero rano: „Potrzebuję trochę przestrzeni. Proszę, nie martw się.”
Przestrzeni? Po trzydziestu dwóch latach małżeństwa? Przez cały dzień chodziłam po mieszkaniu jak cień. Próbowałam zająć się czymkolwiek – praniem, gotowaniem, nawet zaczęłam przeglądać stare zdjęcia z czasów, gdy byliśmy młodzi i szczęśliwi. Na jednym z nich Marek trzymał mnie za rękę na plaży w Ustce. Śmialiśmy się wtedy do łez.
Minął tydzień. Marek nie wracał do domu, a ja coraz bardziej czułam się jak intruz we własnym życiu. W sobotę postanowiłam wyjść do galerii handlowej – chciałam kupić sobie nową sukienkę, może poprawić sobie humor.
I wtedy go zobaczyłam.
Stał przy kawiarni „Sowa”, trzymając za rękę kobietę o krótkich blond włosach. Śmiali się do siebie, a ona poprawiała mu szalik – ten sam, który ja kupiłam mu na imieniny dwa lata temu.
Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Marek spojrzał w moją stronę i nasze spojrzenia się spotkały. Przez sekundę widziałam w jego oczach coś na kształt wstydu… albo może ulgi?
Odwróciłam się i wybiegłam z galerii. Nie pamiętam nawet, jak dotarłam do domu.
Przez kolejne dni nie jadłam prawie nic. Kasia dzwoniła codziennie:
– Mamo, co się dzieje? Czemu tata nie odbiera?
Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Jak powiedzieć własnej córce, że jej ojciec zostawił mnie dla innej kobiety?
Po tygodniu Marek przyszedł do mieszkania po swoje rzeczy. Próbowałam z nim rozmawiać:
– Marek… dlaczego? Co zrobiłam nie tak?
Westchnął ciężko:
– To nie twoja wina, Haniu. Po prostu… już nas nie ma. Potrzebuję czegoś innego.
Czegoś innego? Byłam dla niego przez całe życie – wspierałam go, kiedy stracił pracę, opiekowałam się jego matką przez dwa lata choroby, wychowywałam dzieci niemal sama, kiedy on pracował po nocach.
Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na puste ulice naszego osiedla w Gdańsku. Czułam się jak duch – niewidzialna dla świata.
Po kilku tygodniach zaczęły się telefony od rodziny:
– Hania, musisz być silna.
– Może pojedziesz do sanatorium?
– Może zaczniesz chodzić na jogę?
Ale ja nie chciałam być silna. Chciałam tylko zrozumieć: dlaczego? Dlaczego po tylu latach można tak po prostu odejść?
Najgorsze były święta Bożego Narodzenia. Tomek przyjechał z żoną i wnuczką, Kasia przywiozła pierogi. Ale przy stole było puste miejsce – to dla Marka. Wszyscy udawali, że wszystko jest w porządku, ale czułam napięcie w powietrzu.
Po kolacji Tomek podszedł do mnie:
– Mamo… tata zadzwonił do mnie. Chce się spotkać.
Zacisnęłam pięści pod stołem:
– Jeśli chcesz z nim rozmawiać, rozmawiaj. Ale ja nie chcę go widzieć.
Czułam się zdradzona nie tylko przez Marka, ale też przez własne dzieci – jakby ich miłość była warunkowa, zależna od tego, kto jest bardziej „w porządku”.
Minęły miesiące. Zaczęłam powoli wychodzić z domu – najpierw na krótkie spacery po parku Oliwskim, potem zapisałam się na zajęcia z ceramiki w domu kultury. Poznałam tam kilka kobiet w podobnej sytuacji – jedna z nich powiedziała mi:
– Haniu, życie nie kończy się po pięćdziesiątce. Może teraz jest czas tylko dla ciebie?
Zaczęłam o tym myśleć coraz częściej. Może rzeczywiście przez te wszystkie lata zapomniałam o sobie? Zawsze byłam żoną, matką… ale nigdy po prostu Hanną.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Kasia:
– Mamo… przepraszam za wszystko. Wiem, że ci ciężko. Chciałabym ci pomóc.
Rozpłakałam się wtedy po raz pierwszy od miesięcy – poczułam ulgę i wdzięczność.
Dziś mija rok od tamtych wydarzeń. Nadal boli mnie serce na myśl o Marku i tej kobiecie z galerii handlowej. Ale nauczyłam się żyć sama ze sobą – i nawet czasem czuję się szczęśliwa.
Często patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę można zacząć wszystko od nowa po pięćdziesiątce? Czy ktoś jeszcze potrafi pokochać kobietę ze złamanym sercem?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?