Moja mama chce decydować za mnie – czy kiedykolwiek będę wolna?
– Znowu nie posprzątałaś w pokoju, Martyna! Ile razy mam ci powtarzać, że porządek to podstawa? – głos mamy rozbrzmiewał w całym mieszkaniu, a ja poczułam znajome ukłucie w żołądku. Miałam wtedy siedemnaście lat i marzyłam tylko o tym, żeby choć raz usłyszeć: „Dobrze sobie radzisz”.
Ale tego dnia nie chodziło tylko o bałagan. Mama stała w drzwiach mojego pokoju z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jej spojrzenie mówiło wszystko – nie zamierzała odpuścić.
– Mamo, mam sprawdzian z matematyki, muszę się uczyć – próbowałam się bronić.
– Najpierw obowiązki domowe, potem nauka. I nie zapominaj, że jutro masz wizytę u pani Zofii. – Pani Zofia była psycholożką, do której mama zapisała mnie bez mojej zgody, bo „coś jest ze mną nie tak”.
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą złość. Nie chciałam już być grzeczną córką, która spełnia każde polecenie. Chciałam decydować o sobie, nawet jeśli miałabym popełnić błąd.
Ale to nie było takie proste. W naszym domu wszystko miało swoje miejsce i czas. Mama planowała każdy mój dzień: co jem na śniadanie, z kim się spotykam, jakie zajęcia dodatkowe wybieram. Nawet moje ubrania musiały być „odpowiednie”.
Pamiętam, jak kiedyś przyszłam do domu z nową bluzą, którą kupiłam za własne kieszonkowe. Była szara, zwyczajna, ale dla mnie symbolizowała wolność. Mama spojrzała na mnie z dezaprobatą:
– Co to za szmata? Oddaj to do Caritasu, nie będziesz chodzić w czymś takim.
Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę niewidzialna. Jakby moje zdanie nie miało żadnego znaczenia.
Najgorzej było z wyborem liceum. Chciałam iść do plastyka – kochałam rysować i marzyłam o ASP. Mama uznała to za fanaberię.
– Po co ci te bazgroły? Pójdziesz do ekonomika, jak twoja kuzynka Ola. Przynajmniej będziesz miała porządny zawód.
Próbowałam protestować, ale każda rozmowa kończyła się awanturą. Tata milczał – zawsze był gdzieś obok, ale nigdy po mojej stronie. Czułam się coraz bardziej samotna.
W liceum zaczęłam zamykać się w sobie. Przestałam opowiadać mamie o swoich problemach, bo wiedziałam, że wszystko obróci przeciwko mnie. Nawet moje przyjaciółki zauważyły zmianę.
– Martyna, co się z tobą dzieje? – zapytała kiedyś Ania na przerwie.
– Nic… Po prostu mam dużo nauki – skłamałam.
Ale prawda była taka, że czułam się jak ptak zamknięty w klatce. Każda próba buntu kończyła się karą: zakaz wyjścia z domu, odebranie telefonu, godziny milczenia.
Najbardziej bolało mnie to, że mama naprawdę wierzyła, że robi to dla mojego dobra. Kiedyś usłyszałam jej rozmowę z babcią:
– Muszę ją pilnować. Świat jest teraz taki niebezpieczny. Jak jej nie przypilnuję, to się pogubi.
A ja już byłam pogubiona – przez nią.
Punktem zwrotnym był dzień moich osiemnastych urodzin. Marzyłam o imprezie z przyjaciółmi, ale mama zaplanowała rodzinny obiad z ciotkami i wujkami, których ledwo znałam. Siedziałam przy stole i czułam się jak aktorka w kiepskim spektaklu.
Po kolacji zamknęłam się w swoim pokoju i rozpłakałam się jak dziecko. Wtedy napisała do mnie Ania:
– Martyna, chodź do nas! Zrobimy ci prawdziwe urodziny!
Wyszłam z domu bez słowa. Po raz pierwszy złamałam zasady mamy. Serce waliło mi jak oszalałe, ale czułam się… wolna.
Impreza była cudowna – śmiałam się do łez i przez chwilę zapomniałam o wszystkim. Ale kiedy wróciłam do domu po północy, mama już czekała.
– Gdzie byłaś?! Myślałaś, że możesz robić co chcesz?!
– Tak! – krzyknęłam przez łzy. – Mam osiemnaście lat! Chcę żyć po swojemu!
Mama patrzyła na mnie długo i ciężko oddychała. Widziałam w jej oczach strach – nie przed światem, tylko przed tym, że straci nade mną kontrolę.
Od tamtej pory zaczęłyśmy ze sobą walczyć niemal codziennie. Każda decyzja była polem bitwy: studia, praca dorywcza w kawiarni (którą sama sobie znalazłam), nawet wybór chłopaka.
Kiedy poznałam Michała i powiedziałam mamie, że chcę z nim zamieszkać po maturze, wybuchła prawdziwa burza.
– Nie pozwolę ci! Jesteś za młoda! On cię zostawi i zostaniesz sama!
– To moje życie! – krzyczałam coraz głośniej.
W końcu wyprowadziłam się do Michała. Było ciężko – brakowało mi pieniędzy i wsparcia rodziny. Ale pierwszy raz mogłam decydować o sobie: co jem na śniadanie, kiedy wracam do domu, czy zostaję na noc u przyjaciółki.
Mama długo nie odzywała się do mnie. Próbowałam dzwonić, pisać SMS-y – bez skutku. Dopiero po kilku miesiącach przyszła do mnie do kawiarni.
Usiadła naprzeciwko mnie i długo milczała.
– Martyna… Ja tylko chciałam cię ochronić – powiedziała cicho.
– Wiem… Ale musisz mi pozwolić żyć po swojemu.
Nie wiem jeszcze, czy kiedykolwiek będziemy potrafiły rozmawiać jak dwie dorosłe kobiety. Ale wiem jedno: każdy ma prawo do własnych błędów i własnej drogi.
Czasem zastanawiam się: czy można kochać kogoś tak bardzo, że aż go ranimy? Czy Wy też mieliście kiedyś poczucie, że musicie walczyć o własne życie nawet z najbliższymi?