„Czy jestem tylko numerem w jej telefonie?” – Moja opowieść o utraconej bliskości z córką
– Mamo, możesz mi przelać dwieście złotych? – głos Oli był szybki, niecierpliwy, jakby już myślami była gdzie indziej.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam jeszcze: – Muszę lecieć, oddzwonię później. Pa!
Zostałam z telefonem w dłoni, patrząc na wygaszony ekran, jakbym mogła wyczytać z niego coś więcej niż tylko prośbę o pieniądze. W moim sercu rozlał się znajomy chłód. Znowu nie zapytała, co u mnie. Znowu nie zaproponowała spotkania. Znowu byłam tylko numerem na liście kontaktów – tym, który zawsze odbierze i zawsze pomoże.
Kiedy Ola była mała, nie odstępowała mnie na krok. Pamiętam jej drobne rączki oplatające moją szyję, jej śmiech odbijający się echem po naszym małym mieszkaniu na Pradze. Byłyśmy drużyną – ja i ona przeciwko światu. Po rozwodzie z jej ojcem wszystko robiłam, by nie zabrakło jej czułości ani poczucia bezpieczeństwa. Pracowałam na dwa etaty, ale zawsze znajdowałam czas na wspólne wieczory z bajkami i kakao.
A potem przyszło liceum. Ola zaczęła zamykać się w swoim pokoju, coraz rzadziej dzieliła się ze mną swoimi sprawami. Tłumaczyłam to dorastaniem, potrzebą prywatności. Ale z czasem dystans rósł. Kiedy wyjechała na studia do Krakowa, nasze rozmowy ograniczyły się do krótkich wiadomości: „Jak tam?”, „Wszystko ok”, „Zajęta jestem”.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Halina:
– Pani Aniu, widziałam Olę w telewizji! Była na jakimś proteście! Ależ ona wyrosła na odważną dziewczynę!
Zamurowało mnie. O proteście dowiedziałam się od sąsiadki, nie od własnej córki. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do Oli i zapytać: „Dlaczego mi nie powiedziałaś?” Ale wiedziałam, że usłyszę tylko: „Mamo, nie rób scen.”
W święta Bożego Narodzenia Ola przyjechała do domu. Przywiozła chłopaka – Pawła. Siedzieliśmy przy stole, a rozmowa toczyła się głównie między nimi. Czułam się jak gość we własnym domu. Kiedy próbowałam opowiedzieć o swojej pracy w bibliotece albo o nowej sąsiadce, Ola przewracała oczami.
– Mamo, serio? Kogo to obchodzi?
Po kolacji zamknęli się w jej pokoju. Siedziałam sama w kuchni, patrząc na niedopite herbaty i niedojedzone pierogi. Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę stara i niepotrzebna.
Próbowałam inicjować spotkania – kino, spacer po Łazienkach, nawet wspólne gotowanie pierogów. Zawsze była jakaś wymówka: „Nie mam czasu”, „Może innym razem”, „Jestem zmęczona”.
Któregoś wieczoru zadzwoniłam do niej bez powodu.
– Ola, chciałam tylko zapytać, jak się czujesz.
– Mamo, mam teraz spotkanie na Zoomie. Oddzwonię później.
Nie oddzwoniła.
Zaczęłam analizować każdy nasz kontakt. Czy byłam zbyt opiekuńcza? Czy za bardzo ją kontrolowałam? Może powinnam była pozwolić jej na więcej swobody? A może to po prostu naturalna kolej rzeczy – dzieci dorastają i odchodzą?
Pewnego dnia przyszła do mnie listonoszka z poleconym listem. Ola napisała do mnie… oficjalne pismo w sprawie poręczenia kredytu na mieszkanie w Krakowie. Ani słowa o tym, jak się czuje, czy jest szczęśliwa. Tylko suche: „Proszę o podpisanie załączonych dokumentów.”
Wieczorem zadzwoniłam do niej:
– Olu, dostałam twój list…
– Mamo, proszę cię, podpisz to szybko. Muszę mieć wszystko gotowe do końca tygodnia.
– Ale… może porozmawiamy? Dawno się nie widziałyśmy.
– Mamo, naprawdę nie mam teraz czasu.
Po tej rozmowie długo płakałam. Czułam się jak bankomat z funkcją podpisywania papierów. Przestałam dzwonić pierwsza. Przestałam pisać wiadomości. Czekałam.
Mijały tygodnie ciszy. W pracy byłam coraz bardziej rozkojarzona. Koleżanka z biblioteki zauważyła:
– Aniu, co się dzieje? Jesteś jakaś nieobecna.
Opowiedziałam jej wszystko przy kawie w bufecie.
– Może Ola potrzebuje czasu? – próbowała mnie pocieszyć.
Ale ja wiedziałam, że to coś więcej niż czas.
W końcu zadzwonił telefon.
– Mamo…
Serce mi zabiło mocniej.
– Potrzebuję twojej pomocy…
I wtedy coś we mnie pękło.
– Olu… czy ty dzwonisz do mnie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujesz?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Mamo… nie przesadzaj…
– A kiedy ostatni raz zapytałaś mnie, co u mnie? Czy jestem zdrowa? Czy jestem szczęśliwa?
Usłyszałam westchnienie.
– Mamo… ja mam swoje życie…
– A ja mam swoje serce! – wykrzyknęłam przez łzy.
Rozłączyła się pierwsza. Siedziałam długo w ciszy, czując ciężar tej rozmowy jak kamień na piersi.
Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Ola nie dzwoniła. Ja też nie próbowałam pierwsza. Czasem widuję jej zdjęcia na Facebooku – uśmiechnięta wśród znajomych, na wyjazdach, z Pawłem pod rękę. Cieszę się jej szczęściem… ale czuję się wykluczona z jej świata.
Często pytam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy każda matka musi przeżyć taki ból utraty bliskości?
Może to tylko etap… Może kiedyś Ola zatęskni za naszymi rozmowami przy herbacie i powie: „Mamo, tęskniłam.”
A może już zawsze będę tylko numerem w jej telefonie?
Czy ktoś z was też czuje się czasem niewidzialny dla własnych dzieci? Jak sobie z tym radzicie?