Po śmierci naszego synka ledwo na siebie patrzyliśmy. To jego ostatnie marzenie sprawiło, że zamiast się rozpaść, zaczęliśmy ratować inne dzieci

Patrzyłam na puste łóżko Kubusia i nie mogłam oddychać. Jeszcze rano leżała na nim jego zielona piżama w dinozaury, niedbale zwinięta pod poduszką, jakby zaraz miał wrócić z badania i z pretensją powiedzieć, że znowu mu wszystko źle ułożyłam. Na szafce została książeczka o podróżach pana Kleksa, ta sama, którą kazał sobie czytać po kilka razy, nawet kiedy był już tak słaby, że zasypiał w połowie zdania. Wzięłam ją do ręki i wtedy pękłam całkiem.

Kuba miał siedem lat. Od dwóch lat walczył z chorobą, której lekarze nigdy nie nazwali „do pokonania”. Mówili ostrożnie, spokojnie, tym ich szpitalnym tonem, którego z czasem zaczęłam nienawidzić. Białaczka wracała. Leczenie przestawało działać. Potem już nie było mowy o planach, tylko o czasie.

Najgorsze jest to, że dziecko do końca myśli o rzeczach prostych. Nie o śmierci. Nie o dramacie rodziców. Tylko o tym, że w sali obok chłopiec nie ma co robić, bo telewizor się zepsuł. Albo że dziewczynka z wenflonem boi się zasnąć, gdy mama idzie do domu.

Któregoś wieczoru Kuba poprosił, żebym poczytała głośniej, bo „Mikołaj z trójki” też słucha. Potem spojrzał na regał przy świetlicy, gdzie stało może kilkanaście zniszczonych książek bez okładek.

I powiedział, że szkoda, że dzieci w szpitalach mają tyle kroplówek, a tak mało bajek.

To było jego marzenie. Nie rower. Nie wyjazd. Nie zabawka. Tylko książki dla innych dzieci.

Kiedy odszedł, ja i mój mąż, Paweł, przestaliśmy być drużyną. Wcześniej też bywało ciężko, ale po pogrzebie już prawie się nie poznawaliśmy. Ja chciałam o Kubie mówić bez końca. Paweł zamykał się w garażu i godzinami udawał, że naprawia rzeczy, których nikt nie potrzebował. Ja płakałam przy zlewie, przy praniu, w autobusie. On milczał tak długo, aż zaczynałam krzyczeć.

Pewnego wieczoru zobaczyłam, że pakuje ubrania do torby.

Nie zapytałam nawet dokąd. Po prostu usiadłam na podłodze w przedpokoju i patrzyłam, jak składa swoje bluzy.

Byłam wściekła.

– Teraz też mnie zostawisz? – wyrwało mi się w końcu. – Naprawdę teraz?

Nie odpowiedział od razu. Oparł ręce o komodę i spuścił głowę.

– Ja już nie umiem tu oddychać, Magda – powiedział cicho. – Wchodzę do jego pokoju i mam wrażenie, że zaraz zwariuję.

– To co ja mam powiedzieć?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

To „nie wiem” bolało bardziej niż wszystko. Bo było prawdziwe.

Przez kilka dni prawie się do siebie nie odzywaliśmy. W mieszkaniu wisiała taka cisza, że słyszałam tykanie zegara w kuchni i kapanie kranu w łazience. W końcu weszłam do pokoju Kuby. Nie sprzątałam go od pogrzebu. Na biurku leżał rysunek. Szpital, okno, trzy łóżka i kolorowa półka z książkami. Na dole krzywymi literami: „Dla dzieci żeby się nie bały”.

Z tym rysunkiem pojechałam do Pawła do jego warsztatu.

Nic nie mówiłam. Położyłam kartkę na stole między śrubkami i rachunkami.

Patrzył długo. Potem usiadł i schował twarz w dłoniach. Pierwszy raz od śmierci Kuby widziałam, jak płacze naprawdę, bez odwracania się, bez uciekania.

– Myślisz, że jeszcze możemy to zrobić? – zapytał.

Nie wiedziałam. Ale pierwszy raz od wielu tygodni poczułam, że może jeszcze da się zrobić cokolwiek.

Zaczęliśmy od głupio prostego posta w internecie. Napisaliśmy, że nasz synek marzył o książkach dla dzieci w szpitalach i że chcemy zebrać choć kilkaset egzemplarzy na jeden oddział w Warszawie. Myślałam, że odezwą się znajomi i może parę obcych osób.

Następnego dnia telefon nie przestawał dzwonić.

Pisali nauczyciele, bibliotekarki, mamy, studenci, emerytki. Ktoś z Lublina wysłał dwa kartony nowych książek. Ktoś z Gdyni napisał, że jego córka też leżała na onkologii i chce pomóc. Kurierzy wnosili paczki, a my stawialiśmy je w salonie, w korytarzu, nawet w sypialni. Były ich dziesiątki. Potem setki.

Raz siedziałam na podłodze wśród kartonów i nagle się roześmiałam, pierwszy raz od miesięcy. Paweł spojrzał na mnie zdziwiony.

– Kuba by powiedział, że teraz to już nam łóżko niepotrzebne, bo będziemy spać na książkach – powiedziałam.

Paweł parsknął, a po chwili oboje płakaliśmy i śmialiśmy się jednocześnie. Dziwne, ale takie prawdziwe.

Formalności z fundacją były koszmarem. Urzędy, dokumenty, numery, konto, statut. W pewnym momencie miałam dość i rzuciłam papierami o stół.

– My nie jesteśmy od tego, Paweł. My ledwo wstajemy rano.

– Wiem – odpowiedział. – Ale jak teraz odpuścimy, to ja już chyba nie zniosę sam siebie.

Więc nie odpuściliśmy.

Jeździliśmy po szpitalach. Warszawa, Łódź, Białystok, Rzeszów, Poznań. Na oddziały onkologiczne i pediatryczne. Widziałam dzieci bez włosów, z opaskami na rękach, z oczami zbyt poważnymi jak na ich wiek. Widziałam też, jak siadały na łóżkach i od razu przeglądały książki, jakby dostały bilet na chwilę normalności.

Jedna mała dziewczynka w Opolu przytuliła atlas zwierząt i spytała, czy może go zatrzymać na zawsze. Musiałam wyjść na korytarz, bo nogi się pode mną ugięły.

Dziś nasza fundacja wysłała tysiące książek do szpitali w całej Polsce. Nadal są dni, kiedy nie umiem wejść do pokoju Kubusia. Nadal zdarza się, że z Pawłem kłócimy się o byle co, bo żałoba nie znika jak za dotknięciem ręki. Ale już nie stoimy po dwóch stronach bólu. Niesiemy go razem.

Czasem myślę, że to nasze dziecko uratowało nas po swoim odejściu. Zostawiło nam zadanie, kiedy my nie mieliśmy już po co wstawać z łóżka.

Czy da się naprawdę przeżyć stratę własnego dziecka, czy człowiek tylko uczy się oddychać inaczej?

I czy wy też wierzycie, że z największego bólu może urodzić się coś dobrego, nawet jeśli na początku wydaje się to niemożliwe?