Zabrałam córce kartę i zamknęłam jej pokój. Potem wyszło, na co naprawdę brała pieniądze

– Oddaj klucze – powiedziałam do Marty, a ona aż się zaśmiała, tak nerwowo, jakby nie wierzyła, że mówię serio.

Stałyśmy w przedpokoju mojego mieszkania na Gocławiu. Była prawie północ, sąsiad z dołu już raz walił miotłą w kaloryfer, bo znowu się darłyśmy. Marta trzymała w ręku torbę z Rossmanna, telefon i ładowarkę, jakby miała zaraz wyjść i już nie wrócić.

– Mamo, ty jesteś nienormalna.
– Możliwe. Klucze.
– Bo co? Zamkniesz własną córkę przed domem?
– Nie. Zamknę własny dom przed ciągłym wynoszeniem pieniędzy.

To było po tym, jak drugi raz w miesiącu zeszło mi z konta ponad tysiąc złotych na jakieś płatności BLIKIEM i przelewy na numer telefonu. Najpierw myślałam, że mnie ktoś oszukał. Poszłam nawet do banku, PKO, wzięłam numerek, czekałam jak głupia. Pani sprawdziła i mówi, że wszystko autoryzowane z mojego telefonu. Tylko że ja nic nie autoryzowałam. A potem skojarzyłam, że dwa razy zostawiłam telefon w kuchni, jak poszłam pod prysznic.

Marta ma 23 lata. Nie jest dzieckiem, ale od listopada znowu mieszkała u mnie, bo rozstała się z chłopakiem i nie było jej stać na wynajem pokoju. Pracowała chwilę w kawiarni w centrum handlowym na Ostrobramskiej, potem rzuciła, bo kierowniczka była „toksyczna”. Potem miała iść do pracy w salonie manicure koleżanki, ale coś tam nie wyszło. Cały czas mówiła, że szuka, że już wysłała CV, że nie siedzi bezczynnie. A ja wracałam z urzędu po ośmiu godzinach i widziałam paczki z Vinted, Glovo, nową bluzę, świeczki, jakieś bzdury.

Nie chodziło nawet tylko o pieniądze. O to, że wszystko było jak na tykającej bombie. Raz obiecywała, że pomoże z zakupami i odbierze leki dla babci, a potem znikała na pół dnia. Innym razem płakała, że jest beznadziejna i żebym jej nie zostawiała samej. A następnego dnia potrafiła wyjść bez słowa i wrócić o drugiej w nocy.

Więc zabrałam jej kartę do wspólnego konta, zmieniłam kod do BLIKA, schowałam laptop służbowy i powiedziałam, że jeśli chce mieszkać u mnie, to albo idzie do pracy, albo na terapię, albo chociaż do lekarza rodzinnego po skierowanie, bo to nie jest normalne. Wiem, jak to brzmi. Jakbym chciała ją tresować. Ale ja już naprawdę nie wiedziałam, jak to zatrzymać.

– Ty myślisz, że mnie naprawisz zakazami? – wrzasnęła.
– A ty myślisz, że możesz mnie okradać, bo ci ciężko?
– Nie okradałam cię!
– To kto brał te pieniądze, duch święty?

I wtedy rzuciła torbą o ścianę i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.

– Dobra. Brałam. Ale nie na ciuchy.

Myślałam, że będzie jakaś pożyczka dla chłopaka, jakieś raty, może hazard. Nie wiem. Serio różne rzeczy mi przeszły przez głowę. A ona usiadła na podłodze i tylko powiedziała:

– Na tabletki. I nie tylko.

Najpierw nie zrozumiałam. Jakie tabletki? Antykoncepcja? Przeciwbólowe? Potem zaczęła mówić szybko, byle jak, że od miesięcy bierze środki przeczyszczające, tabletki na odchudzanie kupowane przez internet, czasem jakieś uspokajające od koleżanki, bo nie może zasnąć, bo jak nie bierze, to żre, a potem ma ataki paniki, że przytyje. I że ten Rossmann to nie kosmetyki, tylko woda, gumy, herbatki „na detoks” i takie tam. A paczki przychodziły czasem pod adres koleżanki, żebym nie widziała.

Powiedziałam wtedy tylko:
– Przestań pieprzyć.

Wiem. Okropne. Ale naprawdę pomyślałam, że ona teraz wymyśla, żeby mnie rozmiękczyć.

Następnego dnia poszłam do pracy niewyspana, a potem zadzwoniła do mnie moja siostra, Iwona.

– Ty wiesz, że Marta była u mnie miesiąc temu? – zapytała.
– Po co?
– Żebym pożyczyła jej pieniądze. Myślałam, że na dentystę.
– I pożyczyłaś?
– Siedemset.
– I nic mi nie powiedziałaś?
– Bo mnie prosiła. Powiedziała, że jak się dowiesz, to zrobisz aferę.

No i zrobiłam. Tylko nie od razu jej. Najpierw pojechałam do apteki obok, tej gdzie zwykle biorę leki dla mamy. Zapytałam farmaceutkę, czy w ogóle można tyle kupować tych środków bez recepty. Kobieta popatrzyła na mnie i mówi ostrożnie:

– Jeśli to o wysoką szczupłą dziewczynę w czarnej kurtce, to kilka razy odmawialiśmy sprzedaży większej ilości.

Mnie wtedy normalnie nogi zmiękły. Czyli to nie była gadka pod publiczkę.

Wieczorem chciałam z nią pogadać spokojnie. Naprawdę. Kupiłam nawet jej te pierogi z garmażerki, które lubi. Tylko że jak weszłam do mieszkania, to zastałam otwarty mój segregator z dokumentami. Tym od mieszkania po babci na Bródnie. Marta siedziała przy stole.

– Czemu to ruszasz? – zapytałam.
– Bo chciałam wiedzieć, czy to mieszkanie już jest przepisane na ciebie.
– Słucham?
– No co? Przecież i tak chcesz je sprzedać.

I tu wyszła rzecz, o której nie wiedziałam ja. Moja matka, a jej babcia, od miesięcy obiecywała Marcie, że „odda jej” to mieszkanie, bo „jej się bardziej przyda niż mnie”. Tylko że mieszkanie nadal formalnie było na babcię, a ja od roku opłacałam czynsz, bo babcia jest w ZOL-u i z emerytury już wszystkiego nie dźwiga. Mama nagadała Marcie, że jak tylko sprawy się ogarną, to będzie miała swój kąt. I Marta w to uwierzyła. Dlatego nie szukała nic stabilnego, dlatego żyła jakby za chwilę miała dostać koło ratunkowe.

Jak się o tym dowiedziałam, to aż usiadłam.

– Babcia ci to obiecała?
– Tak. Powiedziała, że ty sobie poradzisz, a ja nie.
– Marta, to nie działa w ten sposób.
– No widzisz? Właśnie działa. Zawsze „to nie działa”, „tak się nie da”, „trzeba poczekać”. Ja już mam dość czekania.

I wtedy pierwszy raz nie brzmiała jak rozwydrzona dziewczyna, tylko jak ktoś, kto się od dawna sypie. Tylko że zaraz potem dodała:

– Gdybyś mi wcześniej powiedziała, że nie dostanę nic, może bym nie musiała tak kombinować.

I znowu mnie wkurzyła, bo jak to „musiała”? Jakby ktoś jej kazał brać te świństwa i podkradać mi telefon.

Skończyło się tak, że nie wyrzuciłam jej, chociaż byłam blisko. Umówiłam ją do psychiatry prywatnie, bo na NFZ terminy były absurdalne. Kazałam jej oddać mi dostęp do mojego telefonu i kont, i powiedziałam jasno: żadnej gotówki do ręki, rachunki opłacam ja, zakupy robimy razem. Ona się popłakała, że traktuję ją jak wariatkę i więźnia. Moja siostra stanęła po jej stronie i powiedziała, że robię z domu zakład zamknięty. Mój brat z kolei uznał, że dawno powinnam była „postawić ją do pionu”. Każdy mądry.

Najgorsze jest to, że ten psychiatra wcale nie powiedział: „mama ma rację”. Powiedział, że przy takich zachowaniach kontrola pieniędzy może chwilowo pomóc, ale jeśli wszystko oprzemy tylko na zakazach, to ona znajdzie inny sposób. I że to nie jest kwestia samej silnej woli ani samego rozpieszczania.

Teraz Marta od trzech tygodni chodzi na wizyty, raz jest lepiej, raz gorzej. Dalej mi nie ufa. Ja jej też tak do końca nie. Jak idę pod prysznic, biorę telefon ze sobą. Głupie, ale tak jest. A jednocześnie jak widzę, że siedzi wieczorem cicho i normalnie je kanapkę, to aż się boję odezwać, żeby czegoś nie popsuć.

Nie wiem, czy zrobiłam dobrze z tymi ograniczeniami, czy tylko przykryłam problem i jeszcze bardziej ją upokorzyłam. Z jednej strony ktoś musi trzymać granice, a z drugiej – to chyba nie jest człowiek, który robi mi na złość dla sportu. Co wy byście zrobili na moim miejscu?