Pokojówka zwolniona za kradzież — to, co nagrała ukryta kamera, zszokowało wszystkich…
— Wynoś się. Dzisiaj. — mój głos był twardszy, niż chciałem.
Alicja stała w korytarzu z ściereczką w ręku. Blada. Zmęczona. I nagle taka mała w tym moim wielkim domu.
— Panie Bogdanie… ja nic nie… — zaczęła.
— Dość. — przerwałem. — Zginęła koperta. Trzy tysiące. Leżała w szufladzie w gabinecie. Nikt tu nie wchodzi poza tobą.
W salonie siedziała moja córka, Marta. Patrzyła w telefon, ale słyszała wszystko. Moja siostra, Danuta, stała przy oknie i tylko syknęła:
— Widzisz? Mówiłam ci. Tacy ludzie tak mają. Daj im palec, wezmą całą rękę.
Alicja zacisnęła usta.
— Mam dziecko. Proszę… Niech pan sprawdzi jeszcze raz.
— Sprawdziłem. — skłamałem. Nawet nie chciałem sprawdzać. Chciałem mieć rację.
Bo ja całe życie budowałem się z jednego strachu: że ktoś mi coś zabierze. Że się ośmieszę. Że „Bogdan” da się zrobić.
— Oddaj klucze. — powiedziałem.
Wyjęła pęk z kieszeni fartucha. Ręce jej drżały.
— Niech pan… niech pan chociaż da mi świadectwo pracy. — wyszeptała.
Danuta parsknęła.
— Świadectwo? Za kradzież?
Marta w końcu uniosła głowę.
— Tato, może…
— Marta, nie wtrącaj się. — uciąłem.
Alicja spojrzała na mnie tak, jakby mnie pierwszy raz zobaczyła. Bez lęku. Z czymś, co zabolało.
— Pan się boi. — powiedziała cicho. — Pan nie wierzy nikomu.
— Wyjdź. — rzuciłem.
Drzwi zamknęły się za nią bez trzasku. To było gorsze. Cisza.
Wieczorem Danuta zrobiła mi herbatę i mówiła, że „dobrze zrobiłem”, że „trzeba twardo”, że „w tych czasach każdy czyha”. Marta siedziała w swoim pokoju i nie wyszła na kolację.
A ja poszedłem do gabinetu.
Włączyłem podgląd z ukrytej kamery. Kupiłem ją miesiąc wcześniej, „na wszelki wypadek”. Bo przecież nie ufam.
Przewinąłem nagranie do południa.
Widziałem Alicję. Weszła do gabinetu z odkurzaczem. Otworzyła szufladę. Wyjęła kopertę.
Serce mi stanęło.
— A jednak… — wymknęło mi się na głos.
I wtedy zobaczyłem resztę.
Alicja nie schowała koperty do kieszeni. Położyła ją na biurku. Wyjęła z własnej torebki mniejszą kopertę, cienką, pomiętą. Włożyła do mojej koperty kilka banknotów. Swoich.
Potem wzięła kartkę. Pisała szybko, nerwowo. Kamera nie łapała słów, ale widziałem, jak jej ręka drży.
Nagle do gabinetu weszła Marta.
Alicja aż podskoczyła.
— Co pani robi?! — Marta podniosła głos.
Alicja odwróciła się. W oczach miała łzy.
— Proszę… niech pani nie krzyczy. Ja tylko… ja oddaję. Ja…
— Co oddaje?!
Marta podeszła bliżej. Zobaczyła banknoty.
— Pani kradnie mojemu ojcu!
Alicja złapała się za brzuch, jakby ją coś ścisnęło.
— Nie. Ja… ja pożyczyłam tydzień temu. Na leki dla syna. Chciałam powiedzieć, ale… bałam się. Pan Bogdan… on patrzy jak na złodzieja, zanim człowiek cokolwiek zrobi.
Marta stała jak wmurowana.
— To czemu pani nie poprosiła?
— Bo jak się prosi w takich domach, to człowiek jest „roszczeniowy”. Bo potem się słyszy: „Zobacz, jak oni kombinują”. — Alicja mówiła szybko, łamiącym się głosem. — Ja nie chciałam wstydu. Chciałam tylko, żeby mały oddychał.
Marta spojrzała na kartkę.
— Co pani napisała?
Alicja podała jej papier.
Marta czytała. Usta jej się poruszały.
Alicja szeptała:
— Napisałam, że przepraszam. Że oddaję co do złotówki. Że jak pan Bogdan będzie chciał, to potrąci mi z wypłaty. Tylko… niech mi pan nie zabiera pracy.
Marta milczała długo. Potem odłożyła kartkę.
— Dlaczego pani jest sama z tym wszystkim?
Alicja spuściła wzrok.
— Bo sama. Bo w urzędach mówią „proszę czekać”. Bo w aptece mówią „nie na kreskę”. Bo człowiek się uczy, że lepiej nie mówić.
W nagraniu Marta wzięła kopertę z pieniędzmi i… schowała ją do szuflady. A kartkę z przeprosinami wsunęła pod dokumenty.
Potem powiedziała:
— Ja nic nie widziałam. Proszę tylko… następnym razem powiedzieć.
Alicja zaczęła płakać. Tak zwyczajnie. Bez dźwięku.
A ja siedziałem przed monitorem i czułem, jak mi się robi niedobrze.
Bo koperta „zniknęła” dopiero później.
Przewinąłem dalej.
Do gabinetu weszła Danuta.
Rozejrzała się. Otworzyła szufladę. Wyjęła kopertę. Szybko. Pewnie. Jakby to było jej.
I jeszcze coś.
Zabrała też kartkę.
Schowała wszystko do swojej torebki. Poprawiła włosy. Wyszła.
Zrozumiałem w sekundę, dlaczego tak mnie podjudzała. Dlaczego od tygodni powtarzała, że „pokojówki kradną”. Dlaczego tak łatwo było jej wskazać winnego.
To nie Alicja mnie okradła.
Ja okradłem Alicję z godności.
Wstałem tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się na parkiet.
— Marta! — krzyknąłem.
Wpadła do gabinetu.
— Co się stało?
Odwróciłem monitor.
Patrzyła. Bledła. Ręka jej poleciała do ust.
— To ciocia…?
Nie odpowiedziałem. Bo co miałem powiedzieć.
Danuta weszła chwilę później, jakby wyczuła kłopot.
— Co wy tu…
— Oddaj pieniądze. — powiedziałem.
Zaśmiała się krótko.
— Bogdan, nie rób scen.
— Oddaj. I przeproś Alicję.
Jej twarz stwardniała.
— Ty staniesz po stronie sprzątaczki przeciwko rodzinie?
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż nagranie.
Rodzina. Obowiązek. „Co ludzie powiedzą”. „Nie rób wstydu”. Całe życie to słyszałem.
— To ty robisz wstyd. — powiedziałem cicho. — I to ja go przykrywałem.
Danuta zbliżyła się.
— Jak to wyjdzie na jaw, to będziesz pośmiewiskiem. Deweloper, co mu siostra kradła…
— Już jestem pośmiewiskiem. Tylko jeszcze o tym nie wiedziałem.
Wyszedłem, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Zadzwoniłem do Alicji. Długo nie odbierała. W końcu usłyszałem jej głos. Zachrypnięty.
— Słucham?
— Alicja… to ja. Bogdan.
Cisza.
— Dzwoni pan, żeby mnie jeszcze upokorzyć?
— Nie. Dzwonię, bo… bo zawaliłem. — przełknąłem ślinę. — Widziałem nagranie. To nie ty. To Danuta.
Usłyszałem, jak wciąga powietrze.
— Ja… ja wiedziałam, że pan mi nie uwierzy.
— Masz rację. Nie uwierzyłem. I wyrzuciłem cię jak śmiecia. — głos mi pękł. — Proszę… wróć. Albo… powiedz, co mogę zrobić.
— Niech pan nie mówi „proszę”, panie Bogdanie. — powiedziała twardo. — Niech pan zrobi jedno: niech pan powie prawdę przy tej swojej rodzinie.
Wróciłem do domu i pierwszy raz od lat nie obchodziło mnie, jak to wygląda.
Marta stała w kuchni.
— Tato, co teraz?
— Teraz jedziemy do Alicji. — powiedziałem. — I jedziemy do Danuty. I nikt tu niczego nie zamiata pod dywan.
Następnego dnia Alicja przyszła tylko po zaległe pieniądze i świadectwo. Nie chciała wrócić.
— Tu się zawsze będzie patrzeć na mnie jak na tę od kradzieży. — powiedziała. — Nawet jak pan przeprosi.
Danuta przestała się odzywać. W rodzinie rozeszło się szybko. Jedni mówili, że dobrze zrobiłem. Inni, że „rodzinnych spraw się nie wynosi”.
A ja zostałem z ciszą w domu, który zawsze miał być twierdzą.
Bo co mi po murach, jeśli w środku nie ma zaufania?
Czy wy też czasem bronicie „rodziny” tylko dlatego, że boicie się prawdy? I ile warte jest nasze poczucie dumy, jeśli kosztuje cudzą godność?