Moja teściowa dzwoni tylko, gdy mąż dostaje podwyżkę: gdzie kończy się rodzina, a zaczyna wykorzystywanie?
– No i co, dostał tę podwyżkę czy nie? – głos teściowej rozbrzmiewał w słuchawce, zanim jeszcze zdążyłam powiedzieć „halo”. Stałam w kuchni, z ręką zanurzoną w pianie, próbując zmyć z talerzy resztki wczorajszej kolacji. Zamarłam. Znowu to samo pytanie, ten sam ton – niby troskliwy, a jednak podszyty czymś ostrym, jakby już liczyła pieniądze, których jeszcze nie mieliśmy.
– Tak, mamo, dostał – odpowiedziałam cicho, czując jak ściska mnie w żołądku. – Ale wiesz, mamy teraz trochę wydatków…
– Wydatki? – przerwała mi natychmiast. – A co wy tam możecie mieć za wydatki? Młodzi jesteście, zdrowi. A ja muszę wymienić lodówkę, bo ta stara już ledwo zipie. No i Zbyszek (szwagier) stracił pracę, trzeba mu pomóc. Przecież rodzina jest najważniejsza.
Rodzina. To słowo od lat brzmiało dla mnie jak wyrok. Od dnia ślubu z Piotrem czułam, że nie jestem tylko żoną – stałam się strażniczką naszego portfela i granic. Każda nasza radość – nowa praca, awans, nawet wygrana w totolotka (raz się zdarzyło) – była dla jego rodziny sygnałem do ataku. Zawsze ktoś czegoś potrzebował: a to nowy telewizor dla teścia, a to pieniądze na korepetycje dla siostrzenicy. I zawsze to ja musiałam tłumaczyć się z naszych wydatków.
Piotr był inny. Wierzył w rodzinę bezwarunkowo. – To tylko parę złotych – powtarzał. – Przecież nie zostawimy ich bez pomocy. Ale ja wiedziałam swoje: każda złotówka oddana jego rodzinie to mniej na nasze marzenia. Na wakacje nad morzem, na remont łazienki, na dziecko, które tak bardzo chcieliśmy mieć.
Pamiętam pierwszy raz, kiedy powiedziałam „nie”. Teściowa zadzwoniła z płaczem: – Dziecko, bez was nie damy rady! Piotr już sięgał po portfel, ale ja zatrzymałam go wzrokiem.
– Mamo, nie możemy wam teraz pomóc – powiedziałam stanowczo. – Sami mamy trudności.
W słuchawce zapadła cisza. Potem usłyszałam syk: – To przez ciebie Piotrek się zmienił! Kiedyś był inny…
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kolejne dni Piotr chodził ponury, unikał mnie wzrokiem. W końcu wybuchł:
– Dlaczego jesteś taka zimna? To moja matka!
– A ja? – zapytałam cicho. – Czy ja się nie liczę?
Od tamtej pory między nami pojawiła się rysa. Każda kolejna prośba jego rodziny była jak młotek uderzający w szkło naszego małżeństwa. Czasem miałam wrażenie, że jestem tylko przeszkodą na drodze do ich szczęścia.
Najgorsze były święta. Siedzieliśmy przy stole, a teściowa rzucała mi spojrzenia pełne wyrzutu.
– Kiedyś to była prawdziwa rodzina – mówiła głośno, patrząc na Piotra. – Teraz każdy myśli tylko o sobie.
Czułam się jak intruz we własnym domu. Nawet nasza córka, Ola, zaczęła pytać:
– Mamo, dlaczego babcia cię nie lubi?
Co miałam jej odpowiedzieć? Że dla babci liczą się tylko pieniądze? Że jej mama jest tą złą?
Pewnego wieczoru usiadłam z Piotrem przy kuchennym stole.
– Musimy ustalić granice – powiedziałam spokojnie. – Nie możemy wiecznie spełniać wszystkich ich zachcianek kosztem naszej rodziny.
Piotr spuścił głowę.
– Wiem… Ale boję się, że jeśli odmówię, odwrócą się ode mnie.
– A jeśli nie odmówisz, stracisz mnie – wyszeptałam.
To był moment przełomowy. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach strach – nie przed matką, ale przed utratą mnie i Oli.
Od tamtej pory zaczęliśmy mówić „nie” częściej. Nie było łatwo. Teściowa przestała dzwonić na kilka miesięcy. Szwagier przestał się odzywać całkiem. W domu zapanowała cisza – ciężka i gęsta jak mgła.
Ale po czasie pojawiło się coś nowego: spokój. Zaczęliśmy planować wakacje bez wyrzutów sumienia. Ola dostała wymarzonego psa. Ja przestałam bać się dzwonka telefonu.
Czasem jednak budzę się w nocy i pytam siebie: czy jestem egoistką? Czy naprawdę można postawić granicę między pomocą a wykorzystywaniem? Czy rodzina powinna być świętością za wszelką cenę?
A wy? Gdzie stawiacie granicę między lojalnością wobec bliskich a własnym szczęściem?