Szokująca prawda: Jak szwagierka udawała ciążę, by uniknąć pracy i eksmisji

– Anka, musimy pogadać. Tak dalej być nie może! – głos mojego męża, Pawła, przebił się przez ciszę kuchni, gdy właśnie zalewałam kawę. Ręce mi drżały, a serce waliło jak oszalałe. Znasz to uczucie, kiedy czujesz, że zaraz wydarzy się coś złego, ale łudzisz się, że może jednak nie? Ja już wiedziałam.

– Co się stało? – zapytałam, starając się brzmieć spokojnie, choć przeczuwałam odpowiedź. Wszystko zaczęło się trzy miesiące temu, kiedy jego siostra Marta pojawiła się pod naszymi drzwiami z walizką i zapuchniętymi oczami. – Anka, mogę zostać u was kilka dni? Wyrzucili mnie z mieszkania, a w pracy grożą mi zwolnieniem. I… jestem w ciąży – powiedziała wtedy. Uwierzyłam jej. Kto by nie uwierzył? Marta zawsze była tą, która wpadała w kłopoty, ale nigdy nie kłamała w poważnych sprawach. Przynajmniej tak myślałam.

Paweł spojrzał na mnie z bólem w oczach. – Mama dzwoni codziennie i pyta, kiedy Marta idzie na badania. Mówi, że coś jej tu nie gra.

– To powiedz jej, żeby sama zapytała Martę! – rzuciłam zmęczona całą sytuacją. Marta od tygodni tylko leżała na kanapie, zamawiała jedzenie przez aplikacje i oglądała seriale. Za każdym razem, gdy wspominałam o pracy albo lekarzu, zaczynała płakać.

Pewnego wieczoru, gdy szykowałam kolację, usłyszałam Martę rozmawiającą przez telefon: – Nie martw się, nie pójdę do roboty jeszcze długo. Wszyscy myślą, że jestem w ciąży – nikt mnie nie ruszy! Poczułam, jak krew mi buzuje w żyłach. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

Następnego ranka przy śniadaniu postanowiłam zagrać va banque:

– Marta, kiedy masz następne badanie u ginekologa? Mama pyta, czy może pójść z tobą.

Spojrzała na mnie tak, jakbym kazała jej skoczyć z mostu. – Jeszcze nie mam terminu. Lekarka kazała mi zadzwonić za dwa tygodnie.

Paweł milczał, ale widziałam po nim, że coś jest nie tak. Po śniadaniu pociągnął mnie na bok.

– Anka, ty myślisz… że ona naprawdę…?

– Już sama nie wiem! Ale tak dalej być nie może. Jeśli kłamie…

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o wszystkim, co przeszliśmy przez Martę. Ile razy jej pomagaliśmy? Ile razy jej ufaliśmy?

Z każdym dniem sytuacja się pogarszała. Marta zaczęła prosić o pieniądze na „badania”, a gdy prosiłam o potwierdzenie albo rachunek – obrażała się i zamykała w pokoju.

Pewnego popołudnia przyszła moja teściowa, pani Teresa. Usiadła przy stole i spojrzała mi prosto w oczy.

– Anka, powiedz mi szczerze – widziałaś jakiś dowód tej ciąży?

Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Spojrzałam na Pawła, który tylko wzruszył ramionami.

– Nie… ale jej wierzę – wydukałam.

Teściowa westchnęła: – Wiesz ile razy już mnie okłamała? Nie chcę być okrutna, ale myślę, że to nieprawda.

Tego wieczoru postanowiłam porozmawiać z Martą na osobności.

– Marta, proszę cię… powiedz mi prawdę. Jesteś naprawdę w ciąży? Jeśli tak – pomożemy ci. Jeśli nie… musisz wyprowadzić się z naszego mieszkania.

Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez – tym razem jednak łzy wydawały się wymuszone.

– Anka… nie jestem w ciąży. Nie wiedziałam co robić! Straciłam pracę, nie mam gdzie mieszkać… Bałam się, że wyrzucicie mnie na ulicę!

Poczułam jak serce mi pęka i jednocześnie narasta we mnie złość. Jak można tak okłamać własną rodzinę?

Paweł był wściekły: – Marta, to co zrobiłaś jest podłe! Mogliśmy ci pomóc bez kłamstw! Teraz zraniłaś nas wszystkich.

Marta spakowała rzeczy i poszła do koleżanki. Zostaliśmy sami przy stole w ciszy przerywanej tylko naszymi westchnieniami.

Mijały dni, ale rana nie chciała się zagoić. Zaufanie do Marty znikło z dnia na dzień.

Czasem zastanawiam się – gdzie postawić granicę między pomocą a naiwnością? Ile razy można wybaczać komuś, kto ciągle nas rani? Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć siostrze lub szwagierce taką zdradę?