„Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić. Potrzebuję być sama”: Matka wyrzuca dwie córki z domu

— Masz miesiąc, żeby się wyprowadzić. Potrzebuję być sama — powiedziała mama, patrząc mi prosto w oczy. Jej głos był spokojny, ale w środku czułam, jakby ktoś właśnie wyrwał mi serce. Stałam w kuchni, trzymając kubek z zimną już herbatą, a obok mnie moja młodsza siostra, Zosia, której ręce lekko drżały.

Nie spodziewałyśmy się tego. Owszem, ostatnio w domu było nerwowo. Mama wracała z pracy coraz bardziej zmęczona, zamykała się w swoim pokoju i nie chciała z nami rozmawiać. Ale żeby tak po prostu wyrzucić własne córki? Przecież zawsze powtarzała, że rodzina to najważniejsze.

— Mamo, ale gdzie mamy pójść? — zapytała Zosia, a jej głos załamał się na końcu zdania. Miała dopiero dwadzieścia lat, studiowała dziennie i ledwo wiązała koniec z końcem. Ja, starsza o pięć lat, pracowałam w sklepie spożywczym na pół etatu, bo resztę czasu poświęcałam na opiekę nad Zosią i domem.

Mama odwróciła wzrok. — To nie moja sprawa. Musicie w końcu nauczyć się samodzielności. Ja już nie mam siły. Potrzebuję spokoju.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach coś, czego wcześniej nie znałam — obojętność. Jakbyśmy były dla niej ciężarem, którego chce się pozbyć.

Przez kolejne dni w domu panowała cisza. Każda z nas zamykała się w swoim pokoju, unikałyśmy siebie nawzajem. Zosia płakała nocami, myśląc, że nie słyszę. Ja próbowałam znaleźć jakieś rozwiązanie, ale z pensji kasjerki nie było mnie stać nawet na wynajęcie pokoju, nie mówiąc o całym mieszkaniu.

Pewnego wieczoru, kiedy mama wróciła z pracy, zebrałam się na odwagę. — Mamo, możemy porozmawiać? — zapytałam cicho.

— O czym? — odpowiedziała chłodno, nie patrząc na mnie.

— O nas. O tym, co się dzieje. Przecież nie możemy tak po prostu się wyprowadzić. Nie mamy dokąd pójść.

Mama westchnęła ciężko. — Nie rozumiesz, że ja już nie mogę? Od śmierci waszego ojca wszystko jest na mojej głowie. Praca, rachunki, wasze problemy. Mam dość. Chcę wreszcie pomyśleć o sobie.

— Ale my też cierpimy, mamo. Straciłyśmy tatę, próbujemy sobie radzić, ale nie możemy tego zrobić bez ciebie — powiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

— Jesteście dorosłe. Musicie nauczyć się żyć same. Ja już nie dam rady — powtórzyła, a jej głos był twardy jak nigdy wcześniej.

Zosia próbowała znaleźć jakieś rozwiązanie. Pisała do koleżanek, szukała tanich pokoi na Facebooku, ale wszystko było poza naszym zasięgiem finansowym. Ja zaczęłam brać dodatkowe zmiany w pracy, ale i tak nie wystarczało.

W międzyczasie mama coraz bardziej się od nas oddalała. Przestała gotować obiady, nie rozmawiała z nami, nawet nie pytała, jak nam minął dzień. Czułam się, jakbyśmy były dla niej obcymi ludźmi.

Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam, że mama siedzi przy stole z jakimś mężczyzną. Był to pan Marek, kolega z jej pracy, o którym czasem wspominała. Śmiali się razem, pili kawę. Poczułam ukłucie zazdrości i gniewu. Jak to możliwe, że dla niego ma czas i energię, a dla nas już nie?

Po ich wyjściu Zosia przyszła do mnie do pokoju. — Myślisz, że ona chce, żebyśmy się wyprowadziły, bo ktoś się w jej życiu pojawił? — zapytała szeptem.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Może rzeczywiście mama chciała zacząć nowe życie, bez nas, bez wspomnień o tacie, bez ciężaru odpowiedzialności. Ale czy to znaczy, że przestała nas kochać?

Zbliżał się koniec miesiąca. Zosia znalazła pokój do wynajęcia u starszej pani, która szukała towarzystwa. Ja poprosiłam koleżankę z pracy, czy mogłabym się do niej wprowadzić na jakiś czas.

Ostatniego dnia, kiedy pakowałyśmy nasze rzeczy, mama nawet nie wyszła z pokoju. Po prostu zamknęła się na klucz. Zosia zostawiła jej kartkę: „Kocham Cię, mamo. Mam nadzieję, że kiedyś znowu będziemy rodziną.” Ja nie miałam siły nic napisać.

Kiedy zamknęłyśmy za sobą drzwi, poczułam ulgę, ale i ogromny smutek. Przez pierwsze tygodnie nie mogłam spać. Zosia dzwoniła do mnie codziennie, płakała, mówiła, że tęskni za domem. Ja próbowałam być silna, ale w środku czułam się pusta.

Po kilku miesiącach dowiedziałam się, że mama zamieszkała z panem Markiem. Podobno jest szczęśliwa, zaczęła nowe życie. My z Zosią też próbowałyśmy się odnaleźć, ale relacje między nami a mamą już nigdy nie były takie same.

Czasem zastanawiam się, czy mogłyśmy zrobić coś inaczej. Czy mogłyśmy bardziej jej pomóc, czy może to ona powinna była zawalczyć o nas? Czy rodzina naprawdę jest najważniejsza, jeśli w pewnym momencie każdy myśli tylko o sobie?

Może kiedyś znajdziemy odpowiedzi na te pytania. A może niektóre rany po prostu nigdy się nie goją.