Głos, który został na peronie: Jak po śmierci męża szukałam ukojenia w jego słowach

– Mamo, nie możesz tak codziennie siedzieć na dworcu! – krzyknęła Ania, moja córka, kiedy znowu wróciłam do domu późnym wieczorem.

Nie odpowiedziałam. Wciąż miałam w uszach ten głos – ciepły, spokojny, nieco ochrypły. „Pociąg osobowy z peronu drugiego odjedzie do Warszawy Centralnej…” – to był głos mojego Staszka. Przez dwadzieścia lat był dyspozytorem na naszym małym dworcu w Piotrkowie Trybunalskim. Każdy znał ten głos, ale tylko ja znałam go naprawdę – ten śmiech, te czułe słowa szeptane wieczorami, to „kocham cię” wypowiadane z takim przekonaniem, jakby świat miał się zaraz skończyć.

Kiedy Staszek zmarł nagle na zawał, świat naprawdę się skończył. Przynajmniej mój. Ludzie mówili: „Czas leczy rany”, „Musisz być silna dla dzieci”, „On by nie chciał, żebyś się tak zamartwiała”. Ale nikt nie rozumiał tej pustki. Dopiero kiedy przypadkiem usłyszałam jego głos na dworcu – jakby wrócił na chwilę do życia – poczułam ulgę. Zaczęłam tam chodzić codziennie. Siadałam na ławce pod zegarem i czekałam na kolejne zapowiedzi. Czasem zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że zaraz wyjdzie zza rogu, uśmiechnie się i powie: „Chodź, wracamy do domu”.

Ania i Tomek, mój syn, martwili się o mnie coraz bardziej. Zaczęli się kłócić między sobą o to, kto powinien się mną zająć. „To twoja kolej!” – „Nie, ty ją zabierz do siebie!” – słyszałam przez zamknięte drzwi. Ale ja nie chciałam być ciężarem. Chciałam tylko jeszcze raz poczuć bliskość Staszka.

Pewnego dnia przyszłam na dworzec i… cisza. Zamiast znajomego głosu usłyszałam nową, bezbarwną zapowiedź: „Pociąg osobowy do Warszawy Centralnej odjedzie z peronu drugiego”. Zrobiło mi się słabo. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, ale nie obchodziło mnie to. To była ostatnia rzecz, jaka mi po nim została.

Wieczorem zadzwoniłam do kierownika stacji.

– Dzień dobry, tu Maria Zielińska… Ja… chciałam zapytać o zapowiedzi pociągów. Czy można… czy można jeszcze usłyszeć głos mojego męża? To był Stanisław Zieliński.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Pani Mario… bardzo mi przykro, ale dostaliśmy nowe nagrania z centrali. To decyzja z góry.

– Ale… czy te stare nagrania jeszcze gdzieś są? – zapytałam drżącym głosem.

– Nie wiem… Może w archiwum technicznym. Ale to nie takie proste…

Nie poddałam się. Następnego dnia poszłam osobiście na dworzec. Próbowałam przekonać kierownika, żeby pozwolił mi poszukać nagrań Staszka. Patrzył na mnie z litością, ale widziałam w jego oczach zmęczenie i niechęć do kłopotów.

– Pani Mario, rozumiem pani ból, ale mamy procedury…

– Proszę pana! – przerwałam mu rozpaczliwie. – To wszystko, co mi po nim zostało! Proszę mi pomóc!

W końcu zgodził się sprawdzić archiwum. Czekałam kilka dni w napięciu. W tym czasie Ania coraz częściej dzwoniła i próbowała przekonać mnie do przeprowadzki do niej do Warszawy.

– Mamo, tu będziesz miała wnuki, opiekę… Tu nie możesz tak żyć sama!

– Aniu, ja nie jestem sama – odpowiedziałam cicho. – On tu jest… Jeszcze trochę.

W końcu zadzwonił kierownik stacji.

– Pani Mario… mam dobrą wiadomość. Znaleźliśmy jedno nagranie pana Stanisława. Może pani przyjść i posłuchać.

Serce waliło mi jak oszalałe. Poszłam na dworzec ubrana jak na święto. W małym pokoiku technicznym puścili mi nagranie: „Pociąg osobowy do Warszawy Centralnej odjedzie z peronu drugiego…”

Zamknęłam oczy i przez chwilę znów byłam szczęśliwa. Siedziałam tam długo po wyłączeniu nagrania. Kierownik patrzył na mnie z zakłopotaniem.

– Pani Mario… może moglibyśmy puścić to nagranie jeszcze raz? Dla pasażerów? Tak symbolicznie?

Popatrzyłam na niego ze łzami w oczach.

– To byłby dla mnie największy prezent…

I tak się stało. Następnego dnia o 17:00 na peronie drugi zabrzmiał głos Staszka. Ludzie przystanęli zdziwieni, kilku starszych pasażerów uśmiechnęło się ze wzruszeniem. Ja płakałam jak dziecko.

Wieczorem Ania zadzwoniła:

– Mamo… widziałam w internecie filmik z dworca. To było piękne.

– Dziękuję ci, kochanie – odpowiedziałam cicho.

Dziś już wiem, że nie mogę żyć przeszłością. Ale czasem trzeba pozwolić sobie na tęsknotę i żal – bo to znaczy, że naprawdę kochaliśmy.

Czy można pogodzić się ze stratą bliskiej osoby? Czy wspomnienia powinny być tylko w sercu, czy mamy prawo walczyć o ich materialne ślady? Co wy byście zrobili na moim miejscu?