Kiedy mój zięć odwrócił bieg dnia

— Mamo, nie dzwoń do niego… proszę — głos Zsófi drżał tak, jakby to nie był zwykły telefon, tylko zapalnik.

Stałam pod wiatą przystanku, a deszcz walił w blachę jak garść monet rzucanych w złość. W jednej ręce trzymałam siatkę z ziemniakami, w drugiej torbę z chemią z dyskontu, na nadgarstku wisiała reklamówka z mięsem, a pod pachą miałam karton z mlekiem, który już zaczynał mięknąć. Autobus miał przyjechać za dwanaście minut, ale ja wiedziałam, że nie dojadę. Nie z tym wszystkim. Nie w taki dzień.

Zsófi stała obok, mokra od deszczu, z włosami przyklejonymi do policzków. Patrzyła na mnie, ale jakby przez szybę. W jej oczach było coś, co znałam aż za dobrze: strach przed własnym domem.

— Zsófi, ja nie mam dwudziestu lat. Nie będę tu stała jak sierota, aż mi ręce odpadną — syknęłam, próbując poprawić uchwyty siatek, które wbijały mi się w skórę. — Zadzwonisz do Gábora. Ma samochód. Jest twoim mężem.

— On… on ma zły dzień — wyszeptała. — Jak mu powiem, że ma po ciebie przyjechać, to… zacznie. Znowu powie, że twoje sprawy są zawsze ważniejsze. Że ja jestem „przywiązana do mamy”.

To „zacznie” zabrzmiało jak wyrok. Jak coś, co w ich mieszkaniu dzieje się regularnie, tylko nikt o tym nie mówi.

— A ty co? Będziesz się go bała do końca życia? — wyrwało mi się ostrzej, niż chciałam.

Zsófi zacisnęła usta. Widziałam, że walczy ze łzami, ale nie pozwala im wypłynąć. Zawsze była dumna. Po mnie.

— Mamo, ty nie rozumiesz. On nie lubi, jak… jak ktoś mu mówi, co ma robić. A jak chodzi o rodzinę, to on ma… — urwała, szukając słowa. — Ma alergię.

— A ja mam alergię na bycie traktowaną jak problem — odpowiedziałam. I zanim zdążyłam się rozmyślić, wyciągnęłam telefon.

Zsófi złapała mnie za rękę.

— Nie.

— Tak.

Wcisnęłam numer, który znałam na pamięć, choć wolałabym nie znać. Sygnał. Drugi. Trzeci. W końcu odebrał.

— No? — jego głos był szorstki, jakby mówił przez zaciśnięte zęby.

— Gábor, tu… — zaczęłam, ale on wszedł mi w słowo.

— Wiem, kto. Co jest?

Poczułam, jak coś we mnie się prostuje. Jak kręgosłup, który przez lata uginał się pod cudzym humorem.

— Jestem z Zsófi na przystanku przy targu. Leje. Mam za dużo zakupów, żeby wrócić autobusem. Przyjedziesz i pomożesz mi do domu.

Cisza. Taka, że słyszałam deszcz i własny oddech.

— A Zsófi nie może? — zapytał w końcu.

— Zsófi jest ze mną. I to nie ona ma samochód.

— Ja pracuję — warknął.

— A ja całe życie pracowałam. I jakoś nikt mi nie mówił, że mam prawo odmówić, kiedy rodzina potrzebuje pomocy.

Znowu cisza. Potem westchnienie.

— Dobra. Gdzie dokładnie?

Podałam miejsce. Rozłączyłam się. Zsófi patrzyła na mnie jak na kogoś, kto właśnie podpalił stóg siana.

— Mamo… po co ty to zrobiłaś? — szepnęła.

— Bo mam dość, że ty się kurczysz przy nim jak mokry papier — odpowiedziałam. — I mam dość, że ja też zaczynam.

Czekałyśmy dziesięć minut, które trwały jak godzina. W tym czasie deszcz przestał być tylko deszczem. Stał się tłem do wszystkiego, co niewypowiedziane.

Kiedy samochód Gábora w końcu podjechał, zobaczyłam go przez szybę: szczęka napięta, brwi ściągnięte, ręce na kierownicy jak na broni. Wysiadł gwałtownie, trzasnął drzwiami. Nie miał parasola.

— No, dawajcie — rzucił, jakby robił nam łaskę.

— Dzień dobry, Gábor — powiedziałam spokojnie.

— Dzień dobry — mruknął, ale nie spojrzał mi w oczy.

Zsófi zaczęła zbierać siatki, ale ja ją zatrzymałam.

— Nie. Ty weź tylko tę lekką. Resztę weźmie Gábor.

Gábor spojrzał na mnie ostro.

— Słucham?

— Słyszałeś. — Podałam mu najcięższą torbę z ziemniakami.

Przez sekundę myślałam, że odmówi. Że zrobi scenę na środku ulicy. Ale wziął. Z grymasem, jakby to była kara.

W samochodzie było duszno. Pachniało kawą i czymś metalicznym, jakby nerwami. Zsófi siedziała z przodu, ja z tyłu, otoczona zakupami jak barykadą.

— Po co tyle tego? — burknął Gábor, ruszając.

— Bo w Polsce jak jest promocja na masło, to się bierze, bo jutro będzie drożej — odpowiedziałam. — I bo nie mam już siły latać co dwa dni.

— Zawsze musisz mieć rację — rzucił.

— A ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo — odparłam.

Zsófi wcisnęła się w fotel.

— Proszę, przestańcie — powiedziała cicho.

I wtedy coś we mnie pękło. Nie w złości. W żalu.

— Zsófi, ty mówisz „proszę, przestańcie” całe życie — powiedziałam, patrząc na jej profil. — W szkole, jak cię koleżanki obgadywały. W domu, jak twój ojciec pił i robił awantury. A teraz w małżeństwie. Ty zawsze prosisz, żeby inni przestali, zamiast powiedzieć, czego ty chcesz.

Gábor zacisnął dłonie na kierownicy.

— Co ty sugerujesz? — zapytał lodowato.

— Sugeruję, że ona się ciebie boi — powiedziałam prosto.

Samochód lekko zjechał na bok, jakby te słowa miały ciężar fizyczny.

— Nie boi się — warknął. — Przesadzasz.

Zsófi w końcu odwróciła głowę. Jej oczy były mokre.

— Boję się — powiedziała. Tak cicho, że prawie nie usłyszałam. Ale usłyszał on.

Gábor zahamował przy krawężniku. Deszcz bębnił o dach. Przez chwilę nikt się nie ruszał.

— Czego ty się boisz? — zapytał, już nie tak pewnie.

— Tego, że jak powiem coś nie tak, to zrobisz z tego wojnę — odpowiedziała Zsófi. — Że jak poproszę o pomoc, to usłyszę, że jestem roszczeniowa. Że jak pojadę do mamy, to powiesz, że wybieram ją zamiast ciebie. Że jak będę zmęczona, to powiesz, że przesadzam.

Gábor otworzył usta, ale nie znalazł słów.

— Ja… ja tylko… — zaczął.

— Ty tylko co? — zapytałam. — Ty tylko jesteś zmęczony? Ty tylko masz stres? Wszyscy mamy. Ale nie wszyscy robimy z domu pole minowe.

Widziałam, jak jego twarz się zmienia. Jak walczy między dumą a czymś, co wyglądało jak wstyd.

— Myślisz, że ja nie mam dość? — wyrzucił w końcu. — Ja pracuję po dziesięć godzin. Wracam, a tu ciągle coś: twoja mama, jej sprawy, jej zakupy, jej lekarze, jej… wszystko. A ja mam wrażenie, że w tym małżeństwie jestem na trzecim miejscu.

Zsófi wciągnęła powietrze.

— Trzecim? — powtórzyła. — A kto jest drugi?

— Twoja praca, twoje zmęczenie, twoje humory — powiedziałam, zanim on zdążył odpowiedzieć. — A pierwsze jest twoje ego.

— Mamo! — Zsófi syknęła, ale w jej głosie nie było już tylko strachu. Była też złość. I to mnie zaskoczyło.

Gábor odwrócił się do mnie.

— Pani zawsze mnie ocenia — powiedział. — Od początku.

— Bo od początku widzę, jak moja córka gaśnie — odpowiedziałam. — I wiesz co? Ja też mam swoje winy. Ja też ją nauczyłam, że ma być grzeczna, że ma nie robić problemów, że ma „wytrzymać”. Bo sama tak żyłam. Z ojcem, który wracał pijany i mówił, że to moja wina, że jest mu źle. I ja wtedy milczałam. A teraz patrzę na Zsófi i widzę siebie sprzed trzydziestu lat. I nie zniosę tego.

W samochodzie zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak wycieraczki skrzypią o szybę.

Gábor spuścił wzrok.

— Ja nie jestem jak wasz ojciec — powiedział.

— Nie jesteś — przyznałam. — Ale czasem brzmisz tak, jakbyś chciał, żeby wszyscy chodzili wokół ciebie na palcach.

Zsófi otarła policzek.

— Ja nie chcę wybierać między wami — powiedziała. — Ja chcę, żebyście… żebyśmy byli normalni. Żeby jak mama potrzebuje pomocy, to nie było dramatu. Żeby jak ty masz zły dzień, to nie muszę zgadywać, czy dziś wolno mi oddychać.

Gábor zamknął oczy na moment. Jakby coś go zabolało.

— Ja… nie wiedziałem, że ty to tak odbierasz — powiedział w końcu. — Myślałem, że ty po prostu… że ty mnie ignorujesz, jak mówisz o swojej mamie. Że ja jestem dodatkiem.

— A ja myślałam, że jak poproszę cię o coś, to mnie zjesz — odpowiedziała Zsófi.

Patrzyłam na nich i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Bo nagle zobaczyłam, że to nie jest tylko „zły zięć” i „biedna córka”. To są dwoje ludzi, którzy nie umieją mówić o swoich potrzebach, tylko rzucają nimi jak kamieniami.

— To teraz posłuchajcie mnie oboje — powiedziałam, a mój głos był spokojniejszy, niż się spodziewałam. — Ja nie chcę wam wchodzić w życie. Ja nie chcę być powodem kłótni. Ale ja też nie będę udawać, że nie potrzebuję pomocy, bo komuś to psuje humor. Jestem starsza. Czasem nie dam rady. I to nie jest wstyd.

Gábor spojrzał na mnie w lusterku. Po raz pierwszy tego dnia naprawdę na mnie spojrzał.

— Przepraszam — powiedział cicho. — Za ton. Za to, że… że robię z tego problem.

Zsófi wzięła głęboki oddech.

— A ja przepraszam, że nie umiałam ci powiedzieć, co czuję — dodała. — Zamiast tego milczałam i liczyłam, że się domyślisz.

Gábor kiwnął głową, jakby to było trudne, ale konieczne.

— Możemy… możemy ustalić jakieś zasady? — zapytał. — Żeby nie było, że ja jestem zawsze ten zły. I żebyś ty, Zsófi, nie czuła, że musisz się bać.

— Możemy — odpowiedziała.

A ja poczułam coś dziwnego: ulgę pomieszaną z lękiem. Bo wiedziałam, że jedna rozmowa nie naprawi lat. Ale też wiedziałam, że ta rozmowa w ogóle się wydarzyła. I to było jak pierwszy oddech po długim nurkowaniu.

Dojechaliśmy pod mój blok z wielkiej płyty, ten sam, w którym Zsófi dorastała. Klatka pachniała wilgocią i czyimś obiadem. Gábor wysiadł pierwszy i bez słowa zaczął wyciągać siatki. Nie teatralnie. Normalnie. Jak człowiek.

— Daj, ja wezmę te ziemniaki — powiedział, a ja aż się zatrzymałam.

— Uważaj, ciężkie — mruknęłam.

— Wiem — odpowiedział. I dodał ciszej: — Miałem dziś przyjechać po was od razu. Tylko… ja się czasem spinam, jak czuję, że nie mam kontroli.

— Kontrola to nie miłość — powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Spojrzał na mnie, ale nie złością. Raczej jak ktoś, kto dostał w twarz prawdą.

Weszliśmy na drugie piętro. Zsófi szła między nami, jakby pierwszy raz od dawna nie musiała wybierać strony. Pod moimi drzwiami Gábor postawił siatki i odchrząknął.

— Pani… — zaczął.

— Mów mi po imieniu — przerwałam. — Dość tych murów.

Zawahał się.

— Dobrze. — Wypowiedział moje imię ostrożnie, jakby uczył się nowego języka. — Ja… chciałbym spróbować inaczej.

Zsófi uśmiechnęła się przez łzy. A ja poczułam, że serce mi się ściska, bo to „spróbować” było jednocześnie nadzieją i ryzykiem.

Kiedy zamknęłam za nimi drzwi, oparłam się o nie plecami. W mieszkaniu było cicho. Tylko deszcz stukał w parapet. Spojrzałam na siatki, na mokre ślady na podłodze, na swoje dłonie czerwone od uchwytów.

I pomyślałam, że czasem jedna prośba o pomoc jest jak kamień wrzucony do stojącej wody. Robi kręgi. Dotyka wszystkiego.

Czy my, Polacy, naprawdę musimy czekać, aż coś zaboli do granic, żeby wreszcie powiedzieć prawdę? A może to ja za długo uczyłam Zsófi, że miłość to wytrzymywanie, a nie rozmowa?