Codziennie gotuję dla Piotra: Czy kiedykolwiek będę wystarczająca?

— Znowu odgrzewane? — Piotr patrzył na mnie z tym swoim chłodnym, rozczarowanym wzrokiem. Stałam w kuchni, trzymając talerz z wczorajszą zupą pomidorową, którą podgrzałam, bo po prostu nie miałam już siły gotować od nowa. W pracy był dziś koszmar, szefowa znowu się czepiała, a ja przez cały dzień myślałam tylko o tym, jak zdążę zrobić zakupy i przygotować coś na ciepło. — Przecież wiesz, że nie lubię odgrzewanych rzeczy — dodał, odkładając widelec.

W tamtej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Miałam ochotę krzyknąć, rzucić talerzem o podłogę, wybiec z mieszkania. Ale tylko westchnęłam i zaczęłam zbierać naczynia. Piotr poszedł do salonu, włączył telewizor i nawet nie spojrzał w moją stronę. „Może jutro będzie lepiej” — powtarzałam sobie w myślach, choć coraz mniej w to wierzyłam.

Mam na imię Zuzanna. Mam trzydzieści cztery lata i od siedmiu lat jestem żoną Piotra. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie — wtedy był zupełnie inny. Uśmiechnięty, czuły, potrafił docenić najdrobniejszy gest. Pamiętam, jak kiedyś upiekłam dla niego sernik na urodziny — był zachwycony, opowiadał wszystkim znajomym, że mam złote ręce. Teraz mam wrażenie, że moje ręce są tylko po to, by codziennie kroić warzywa i mieszać zupy.

Każdy dzień wygląda podobnie. Wstaję o szóstej rano, żeby przygotować świeże śniadanie — jajecznica z cebulką, czasem naleśniki albo owsianka z jabłkami. Piotr nie znosi kanapek z wczorajszym chlebem, więc piekę własny chleb raz na dwa dni. Potem pędzę do pracy — osiem godzin za biurkiem w urzędzie miasta, gdzie ludzie przychodzą tylko po to, żeby się wyżalić albo pokłócić o decyzję administracyjną. Wracam do domu zmęczona, ale wiem, że Piotr czeka na świeży obiad. Zupa, drugie danie, czasem deser. Wszystko musi być ciepłe i pachnące.

Czasem próbuję z nim rozmawiać.
— Piotrze, może dziś zjemy coś prostszego? Może zamówimy pizzę?
On tylko patrzy na mnie z wyrzutem:
— Po co ci ta praca? Przecież mogłabyś zostać w domu i mieć czas na gotowanie.

Nie wiem już, ile razy słyszałam te słowa. Za każdym razem bolą tak samo. Przecież nie chcę być tylko kucharką. Chciałam mieć życie — pracować, spotykać się z przyjaciółkami, czasem wyjść do kina czy na spacer nad Wisłę. Ale od kiedy Piotr dostał awans i zaczął zarabiać więcej ode mnie, coraz częściej daje mi do zrozumienia, że moja praca jest mniej ważna.

Ostatnio nawet mama zaczęła się martwić.
— Zosiu, wyglądasz na zmęczoną — powiedziała podczas niedzielnego obiadu u niej.
— Wszystko dobrze, mamo — skłamałam.
Ale mama zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Po obiedzie poszłyśmy na krótki spacer po osiedlu.
— On cię docenia? — zapytała nagle.
Nie odpowiedziałam. Bałam się przyznać nawet przed sobą, że czuję się niewidzialna.

Wieczorami leżę w łóżku i zastanawiam się, kiedy to się wszystko zaczęło psuć. Może wtedy, gdy Piotr zaczął wracać później z pracy i przestał pytać mnie o zdanie? Może wtedy, gdy pierwszy raz powiedział, że „kobieta powinna dbać o dom”? A może to ja się zmieniłam? Może za bardzo chciałam być idealną żoną?

Czasem próbuję się buntować. Kupiłam kiedyś gotowe pierogi w sklepie i podałam je jako własne. Piotr zjadł bez słowa, ale potem znalazł opakowanie w koszu na śmieci.
— Myślałem, że jesteś lepsza niż te wszystkie kobiety z telewizji — rzucił lodowatym tonem.
Poczułam się jak dziecko przyłapane na kłamstwie.

Najgorzej jest w weekendy. Wtedy Piotr oczekuje prawdziwych uczt: rosół gotowany przez trzy godziny, schabowy z ziemniakami i surówką z marchewki i jabłka. Czasem przychodzą jego rodzice — teściowa zawsze komentuje:
— U nas w domu to wszystko było robione od podstaw. Żadnych półproduktów.
Uśmiecham się grzecznie i zaciskam zęby.

Mam przyjaciółkę, Martę. Ona zawsze mówiła mi:
— Zuzka, nie daj sobie wejść na głowę! Życie jest za krótkie na takie poświęcenia.
Ale co ona może wiedzieć? Jest singielką po przejściach, mieszka sama z kotem i zamawia jedzenie przez aplikację. Czasem jej zazdroszczę tej wolności.

Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że marzę o ucieczce. Wyobrażam sobie siebie gdzieś nad morzem — siedzę na tarasie małego domku i piję kawę bez pośpiechu. Nikt niczego ode mnie nie chce. Nikt nie ocenia mojego gotowania.

Wczoraj wieczorem zebrałam się na odwagę.
— Piotrze… czy ty mnie jeszcze kochasz? — zapytałam cicho.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— O co ci chodzi? Przecież wszystko masz: dom, stabilizację…
— Ale czy ty mnie widzisz? Czy widzisz coś poza obiadem na stole?
Wzruszył ramionami i wrócił do telefonu.

Dziś rano znów wstałam o szóstej. Tym razem nie zrobiłam śniadania. Usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i patrzyłam przez okno na szare bloki za oknem. Piotr wszedł do kuchni i spojrzał zdziwiony:
— Nie ma śniadania?
— Nie ma — odpowiedziałam spokojnie.
Przez chwilę milczał. Potem wyszedł trzaskając drzwiami.

Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Może dziś po pracy pójdę do Marty i po prostu porozmawiam jak człowiek z człowiekiem. Może powinnam zawalczyć o siebie?

Czy naprawdę muszę codziennie udowadniać swoją wartość przez to, co ugotuję? Czy ktoś jeszcze czuje się tak niewidzialny jak ja?