Mój świat runął w jednej chwili: Jak wypadek męża zmienił wszystko, a ja musiałam nauczyć się żyć od nowa
— Mamo, czemu tata tak krzyczy? — zapytała cicho Zosia, ściskając moją dłoń, gdy zza drzwi sypialni znów dobiegł nas jego rozpaczliwy głos. Była środa, środek stycznia, a ja czułam się, jakby czas zatrzymał się tamtego dnia, kiedy Andrzej upadł na lodzie przed domem. W jednej sekundzie moje życie rozpadło się na kawałki.
Pamiętam tamten moment z przerażającą wyrazistością. Wyszłam tylko na chwilę po drewno do kominka. Andrzej szedł za mną, śmiejąc się, że znowu zapomniałam rękawiczek. Usłyszałam trzask, potem głuchy odgłos uderzenia i jego krzyk. Leżał na ziemi, z wykrzywioną twarzą, nie mogąc się ruszyć. Krzyczał moje imię, a ja stałam jak sparaliżowana. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie: pogotowie, szpital, diagnoza — złamany kręgosłup, paraliż od pasa w dół.
Pierwsze dni po powrocie ze szpitala były jak koszmar na jawie. Andrzej był wściekły na cały świat. Krzyczał na mnie, na dzieci, na siebie. „Po co mi takie życie?!” — wrzeszczał pewnej nocy, a ja płakałam w łazience, żeby nie słyszał. Zosia i Kuba bali się wejść do jego pokoju. Ja też się bałam — nie jego, ale tej nowej rzeczywistości.
Przez pierwsze tygodnie żyłam na automacie. Przewijanie Andrzeja, karmienie go, rehabilitacja, rozmowy z lekarzami i urzędami o zasiłkach. Praca? Musiałam z niej zrezygnować. Moja mama próbowała pomagać, ale sama ledwo chodziła po operacji biodra. Teściowa przyjechała raz — popatrzyła na Andrzeja i powiedziała tylko: „Bóg tak chciał”.
Najgorsze były noce. Siedziałam przy łóżku Andrzeja i patrzyłam na niego — kiedyś silnego mężczyznę, który wszystko potrafił naprawić, teraz bezradnego jak dziecko. Czułam się winna za każdy moment złości. Za to, że czasem miałam ochotę uciec. Za to, że nie potrafiłam już go kochać tak jak dawniej.
— Anka… — szepnął pewnej nocy. — Przepraszam cię za wszystko. Wiem, że cię niszczę.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły mówić. Chciałam tylko zasnąć i obudzić się w innym życiu.
Dzieci przestały zapraszać kolegów do domu. Kuba zamknął się w sobie, coraz częściej znikał po szkole. Zosia zaczęła moczyć się w nocy. Psycholog szkolny zadzwonił do mnie raz: „Pani Anno, czy mogę pomóc?”. Ale co on mógł wiedzieć o naszym życiu?
Pewnego dnia Andrzej poprosił mnie o nożyczki. „Chcę obciąć sobie paznokcie” — powiedział spokojnie. Dałam mu je bez zastanowienia. Po chwili usłyszałam dziwny hałas — wbiegłam do pokoju i zobaczyłam go z rozciętą dłonią. „Nie czuję bólu” — powiedział z pustym wzrokiem. Wtedy pierwszy raz pomyślałam: „Nie dam rady”.
Zaczęłam chodzić do psychologa w poradni zdrowia psychicznego w naszym miasteczku. Siedziałam tam godzinami i płakałam. Opowiadałam o tym, jak nienawidzę siebie za to, że czasem marzę o tym, by Andrzeja już nie było. Jak boję się przyszłości dzieci. Jak czuję się niewidzialna dla świata.
Pewnego wieczoru Kuba wrócił do domu pijany. Miał szesnaście lat. Krzyczałam na niego, a on wykrzyczał mi w twarz: „Wszystko przez tatę! Przez ciebie też!”. Zosia schowała się pod stołem i płakała.
Andrzej słyszał wszystko. Następnego dnia poprosił mnie o rozmowę.
— Anka… Ja nie chcę być ciężarem dla was wszystkich…
— Przestań! — przerwałam mu gwałtownie. — Nie mów tak! Jesteś moim mężem!
— Ale już nie jestem tym samym człowiekiem…
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo miał rację.
Zaczęliśmy chodzić razem na terapię dla rodzin osób niepełnosprawnych w pobliskim ośrodku Caritasu. Poznałam tam inne kobiety takie jak ja — zmęczone, rozgoryczone, ale walczące każdego dnia o resztki normalności.
Czasem mam wrażenie, że już nie jestem Anną — jestem tylko opiekunką Andrzeja, matką Kuby i Zosi. Moje marzenia? Gdzieś przepadły między zmianą pampersów a kolejnymi wizytami u lekarzy.
Ale są też chwile jasności: kiedy Andrzej uśmiecha się do mnie rano i mówi: „Dziękuję ci”. Kiedy Zosia przytula mnie bez słowa albo Kuba pomaga mi przy tacie.
Czy żałuję? Nie wiem. Czasem myślę o tym, jak wyglądałoby moje życie bez tego wszystkiego. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy miałabym prawo odejść?
Patrzę na Andrzeja i dzieci i wiem jedno: każdy dzień to walka o odrobinę nadziei.
Czy ktoś z was też czuje się czasem uwięziony w swoim życiu? Czy można kochać kogoś i jednocześnie mieć ochotę uciec? Jak znaleźć siebie wśród tego wszystkiego?