Lodówka to nie stołówka! Jak moja córka Anna i jej „przyjaciele” zamienili nasz dom w darmową jadłodajnię

— Mamo, tylko na chwilę, naprawdę! — Anna wpadła do kuchni jak burza, a za nią trójka znajomych. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już otwierali lodówkę, wyciągali jogurty, kanapki, nawet resztki z wczorajszego obiadu. Stałam przy zlewie z mokrymi rękami i patrzyłam, jak mój dom zamienia się w szkolną stołówkę.

— Anna, mówiłam ci już, że nie podoba mi się to, że codziennie przyprowadzasz tu pół klasy — powiedziałam cicho, próbując nie wybuchnąć przy obcych dzieciach.

— Mamo, przecież to tylko jedzenie! — rzuciła przez ramię, już z kanapką w ustach. Jej koleżanka, Magda, spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, jakby chciała powiedzieć: „No co pani taka spięta?”

To trwało od miesięcy. Najpierw Anna przyprowadzała jedną koleżankę po lekcjach. Potem dołączył Bartek, potem jeszcze ktoś. W końcu codziennie po południu miałam w domu czwórkę, czasem piątkę nastolatków. Znikały zapasy, mleko kończyło się w dwa dni, a chleb musiałam kupować podwójnie. Nawet mój mąż, Tomek, zaczął się niepokoić.

— Może przesadzasz? — pytał wieczorami. — Przecież to tylko dzieciaki. Lepiej, że siedzą tutaj niż gdzieś na mieście.

Ale ja czułam się coraz bardziej wykorzystywana. Nie chodziło tylko o jedzenie. Zostawiali bałagan, śmiali się głośno do późna, a Anna coraz częściej traktowała dom jak hotel. Przychodziła i wychodziła bez słowa, a kiedy próbowałam z nią rozmawiać, przewracała oczami.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej. W kuchni siedziała cała piątka. Na stole stały puste opakowania po jogurtach i chipsach, a na podłodze leżały okruchy.

— Dzień dobry — powiedziałam chłodno.

— O, cześć mamo! — Anna nawet nie podniosła wzroku znad telefonu.

— Czy ktoś zamierza po sobie posprzątać? — zapytałam ostrzej niż chciałam.

Bartek spojrzał na mnie zaskoczony. — Przepraszam, już zbieramy — powiedział i zaczął zgarniać śmieci do kosza. Reszta patrzyła na niego jak na dziwaka.

Kiedy wyszli, usiadłam przy stole i rozpłakałam się. Czułam się jak służąca we własnym domu. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy byłam za miękka? Czy powinnam była wcześniej postawić granice?

Wieczorem postanowiłam porozmawiać z Anną.

— Aniu, musimy ustalić zasady — zaczęłam spokojnie. — Nie chcę być niemiła dla twoich znajomych, ale nie mogę dłużej patrzeć, jak traktujecie nasz dom jak darmową stołówkę.

Anna spojrzała na mnie z wyrzutem.

— Przesadzasz! Inne mamy nie robią problemu!

— Może inne mamy nie mówią tego głośno — odpowiedziałam. — Ale ja czuję się wykorzystywana. Chcę być gościnna, ale to nie znaczy, że możecie robić co chcecie.

Anna wstała gwałtownie.

— To już nie będę nikogo zapraszać! Będziecie mieli święty spokój! — krzyknęła i trzasnęła drzwiami do swojego pokoju.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam jej ciche łkanie za ścianą. Miałam ochotę wejść i ją przytulić, ale wiedziałam, że muszę być konsekwentna.

Następnego dnia Anna wróciła sama. Była cicha i zamknięta w sobie. Przez kilka dni nie rozmawiałyśmy prawie wcale. W domu panowała napięta atmosfera.

Po tygodniu przyszła do mnie sama.

— Mamo… przepraszam. Chyba rzeczywiście trochę przesadziłam. Ale… oni nie mają gdzie się spotykać. U Magdy jest zawsze awantura, Bartek ma młodsze rodzeństwo i ciasnotę…

Usiadłam obok niej.

— Rozumiem cię, Aniu. Ale musimy znaleźć kompromis. Możesz zapraszać znajomych, ale ustalamy zasady: sprzątacie po sobie i nie wyjadacie wszystkiego z lodówki bez pytania. Dobrze?

Anna kiwnęła głową i pierwszy raz od dawna się uśmiechnęła.

Od tamtej pory było lepiej. Czasem jeszcze musiałam przypominać o zasadach, ale Anna starała się pilnować swoich gości. Zaczęli nawet przynosić własne przekąski i pomagać w sprzątaniu.

Często zastanawiam się jednak: gdzie kończy się gościnność, a zaczyna wykorzystywanie? Czy można być dobrym rodzicem i jednocześnie dbać o własne granice? Może wy też mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie z tym poradziliście?