Między bólem a nadzieją: Historia Kasi Kowalskiej z sali porodowej
— Proszę się położyć, pani Kasiu, zaraz przyjdzie lekarz — usłyszałam głos pielęgniarki, kiedy drzwi sali porodowej zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem. Byłam sama. Mój mąż, Michał, utknął w korku gdzieś na trasie z pracy, a moja mama… Cóż, od tygodni nie rozmawiałyśmy. W powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących i strachu. Zacisnęłam dłonie na brzuchu, próbując uspokoić oddech, ale ból był coraz silniejszy.
Nie tak wyobrażałam sobie ten dzień. Miało być inaczej — Michał trzymający mnie za rękę, mama szepcząca mi do ucha słowa otuchy. Zamiast tego byłam otoczona obcymi ludźmi i własnymi myślami, które krzyczały we mnie głośniej niż skurcze.
— Kasiu, oddychaj! — przypomniała mi położna, widząc jak zaciskam zęby. Próbowałam się skupić na jej głosie, ale w głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego muszę przez to przechodzić sama?
Kilka godzin wcześniej pokłóciłam się z mamą przez telefon. Znowu. O wszystko i o nic. O to, że nie powinnam rodzić w Warszawie, tylko wrócić do rodzinnego Olsztyna. O to, że Michał nie jest wystarczająco odpowiedzialny. O to, że nie słucham jej rad. W końcu rzuciła: — Skoro wiesz lepiej, radź sobie sama! — i rozłączyła się. Bolało mnie to bardziej niż skurcze.
Michał dzwonił co chwilę, próbując mnie uspokoić. — Kochanie, już jadę, zaraz będę! — powtarzał z desperacją w głosie. Ale Warszawa tego dnia była sparaliżowana przez wypadek na trasie S8. Czułam się coraz bardziej opuszczona.
— Proszę się nie martwić, wszystko idzie dobrze — powiedziała położna, widząc łzy w moich oczach. Ale jak miałam się nie martwić? Bałam się o dziecko, bałam się o siebie, bałam się przyszłości. Czy będę dobrą matką? Czy Michał naprawdę mnie kocha? Czy mama kiedyś mi wybaczy?
Nagle poczułam kolejny skurcz — tym razem tak silny, że aż krzyknęłam. Położna spojrzała na mnie uważnie.
— Kasiu, musimy działać szybko. Zaraz zaczniemy rodzić.
Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie i do sali wbiegł Michał — spocony, zdyszany, z oczami pełnymi strachu i miłości.
— Jestem! Przepraszam! — złapał mnie za rękę i spojrzał mi w oczy. Poczułam ulgę, ale też złość.
— Gdzie byłeś?! Myślałam, że nie zdążysz! — wybuchłam.
— Przepraszam… Naprawdę próbowałem… — wyszeptał.
W tej chwili wszystko we mnie pękło. Zaczęłam płakać — z bólu, ze strachu, z ulgi i żalu jednocześnie. Michał tulił moją dłoń do policzka.
— Dasz radę, jesteśmy razem — powiedział cicho.
Poród trwał jeszcze kilka godzin. Krzyczałam, płakałam, przeklinałam wszystko i wszystkich. W pewnym momencie miałam ochotę uciec z tej sali i nigdy nie wracać. Ale nie mogłam — musiałam walczyć dla mojego syna.
Wreszcie usłyszałam pierwszy płacz dziecka. Mój świat zatrzymał się na sekundę. Michał rozpłakał się razem ze mną.
— To chłopiec! Gratulacje! — powiedziała położna z uśmiechem.
Patrzyłam na maleńką istotę w moich ramionach i czułam mieszaninę szczęścia i przerażenia. Czy dam radę? Czy będziemy dobrą rodziną?
Po wszystkim Michał wyszedł zadzwonić do rodziny. Zostałam sama z synkiem i własnymi myślami. Wtedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłam: „Mama”.
Przez chwilę wahałam się odebrać. W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.
— Kasiu… Wszystko w porządku? — usłyszałam drżący głos mamy.
— Tak… Urodziłam. Chłopiec… — odpowiedziałam cicho.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Przepraszam cię… Tak bardzo się bałam… Bałam się o ciebie… — wyszeptała mama.
Łzy popłynęły mi po policzkach.
— Ja też się bałam… Ale już jest dobrze — odpowiedziałam.
Nie wiem, ile czasu rozmawiałyśmy. W końcu mama powiedziała:
— Kocham cię, Kasiu. I twojego synka też już kocham.
Odłożyłam telefon i spojrzałam na śpiącego synka. W tej chwili poczułam coś nowego — nadzieję. Może nie wszystko będzie idealnie. Może jeszcze wiele razy będziemy się kłócić i płakać. Ale teraz wiem jedno: nawet w największym bólu można znaleźć odrobinę światła.
Czy każda matka musi przejść przez taki moment samotności? Czy to właśnie wtedy rodzi się prawdziwa siła? Może właśnie dlatego życie jest tak kruche i piękne jednocześnie.