Wreszcie znalazłam szczęście – opowieść Wandy o miłości, nałogu i nadziei
— Wandziu, wyjdź za mnie! — usłyszałam nagle, kiedy Jacek, lekko podchmielony, klęknął przede mną na środku salonu podczas urodzin mojej siostry. Wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się, a ja poczułam, jak serce bije mi szybciej. Zawsze był duszą towarzystwa — wesoły, czarujący, z błyskiem w oku. Wtedy nie widziałam nic poza jego uśmiechem i pewnością siebie. Odpowiedziałam „tak”, nie zastanawiając się nawet przez chwilę.
Nasze życie potoczyło się błyskawicznie. Ślub, mieszkanie w bloku na Pradze, wspólne plany na przyszłość. Jacek miał dobrą pracę w warsztacie samochodowym, ja pracowałam w bibliotece. Wieczorami oglądaliśmy filmy, śmialiśmy się z głupot i planowaliśmy wakacje nad morzem. Byłam pewna, że to właśnie jest szczęście.
Pierwszy raz poczułam niepokój, kiedy Jacek wrócił do domu późno w nocy, z wyczuwalnym zapachem alkoholu. — Przepraszam, kochanie, chłopaki z pracy namówili mnie na piwo — tłumaczył się, całując mnie w czoło. Uwierzyłam mu. Przecież każdy czasem przesadzi. Ale potem zaczęło się to powtarzać coraz częściej.
Z czasem piwo po pracy zamieniło się w butelkę wódki na weekend. Coraz częściej widziałam go z czerwonymi oczami i słyszałam podniesiony głos. — Wanda, czemu zawsze się czepiasz? — krzyczał, kiedy próbowałam z nim rozmawiać. — To tylko kilka piw! — tłumaczył się, a ja czułam się coraz bardziej samotna.
Moja mama powtarzała: „Wando, każdy ma jakieś wady. Musisz być cierpliwa.” Ale ile można być cierpliwym? Kiedyś wrócił do domu tak pijany, że nie mógł trafić kluczem do zamka. Pomagałam mu wejść do środka, a on wybuchnął płaczem jak dziecko. — Przepraszam… ja nie chciałem… — szeptał. Przytuliłam go wtedy mocno, wierząc, że jeszcze wszystko można naprawić.
Ale było coraz gorzej. Zaczęły się awantury o byle co: o obiad, o rachunki, o to, że nie mam ochoty wychodzić z nim do baru. Czasem rzucał talerzami, innym razem trzaskał drzwiami tak mocno, że sąsiedzi dzwonili do drzwi z pytaniem, czy wszystko w porządku. W pracy coraz częściej brałam wolne „na żądanie”, bo nie miałam siły patrzeć ludziom w oczy.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej i zobaczyłam Jacka śpiącego na kanapie z pustą butelką w ręku. W telewizorze leciały wiadomości, a on nawet nie zauważył mojego wejścia. Usiadłam obok niego i zaczęłam płakać. — Co się z nami stało? — spytałam cicho sama siebie.
Próbowałam wszystkiego: rozmów, gróźb, prośby o pomoc do jego matki. — On zawsze był taki uparty — mówiła teściowa. — Ale przecież cię kocha. Musisz mu pomóc wyjść na prostą.
Zgodził się pójść na terapię dopiero wtedy, gdy zagroziłam rozwodem. Przez chwilę wydawało się, że jest lepiej. Przestał pić na kilka tygodni, zaczął chodzić na spotkania AA. Znowu rozmawialiśmy jak dawniej, śmialiśmy się z głupich żartów i planowaliśmy remont kuchni.
Ale potem przyszły święta Bożego Narodzenia. Jacek wrócił do domu z butelką „na rozgrzewkę”. — Przecież to tylko raz w roku! — tłumaczył się, a ja poczułam zimny dreszcz na plecach. Wiedziałam już wtedy, że to nie będzie ostatni raz.
W styczniu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Bałam się powiedzieć Jackowi — nie wiedziałam, czy się ucieszy, czy może to będzie dla niego kolejny powód do picia. Kiedy mu powiedziałam, najpierw długo milczał, potem przytulił mnie mocno i obiecał: — Dla ciebie i dziecka przestanę pić. Obiecuję.
Przez kilka tygodni rzeczywiście było lepiej. Jacek starał się być obecny przy każdej wizycie u lekarza, kupował ubranka dla dziecka i czytał poradniki dla przyszłych ojców. Ale potem znowu przyszedł kryzys. Tym razem nie wytrzymałam.
Pewnej nocy obudziły mnie krzyki na klatce schodowej. Jacek wracał do domu pijany i kłócił się z sąsiadem o miejsce parkingowe. Wybiegłam na korytarz w piżamie i zobaczyłam go zataczającego się pod drzwiami naszego mieszkania.
— Wando! Ty zawsze musisz robić ze mnie idiotę! — wrzeszczał na cały blok.
— Jacek! Proszę cię… Pomyśl o dziecku! — krzyczałam przez łzy.
Sąsiedzi patrzyli na nas z politowaniem i litością. Wtedy poczułam się naprawdę upokorzona.
Następnego dnia spakowałam walizkę i pojechałam do mamy do Otwocka. Siedziałyśmy przy kuchennym stole i płakałyśmy razem.
— Córeczko… Może czas pomyśleć o sobie? — powiedziała cicho mama.
Nie spałam całą noc. Myślałam o tym wszystkim: o miłości sprzed lat, o obietnicach bez pokrycia, o strachu przed samotnością i o dziecku pod sercem.
Rano zadzwonił Jacek.
— Wróć do domu… Proszę cię… Bez ciebie nie dam rady… — szeptał przez łzy.
— Musisz najpierw pomóc sobie samemu — odpowiedziałam stanowczo po raz pierwszy w życiu.
To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Zostałam u mamy przez kilka miesięcy. Urodziłam zdrową córeczkę – Zosię. Jacek próbował walczyć ze swoim nałogiem jeszcze kilka razy, ale zawsze wracał do starych przyzwyczajeń.
Dziś mieszkam sama z Zosią w małym mieszkaniu na Bielanach. Pracuję dalej w bibliotece i codziennie uczę się być silną dla siebie i dla niej. Czasem spotykam Jacka na ulicy – jest smutny, zmęczony życiem. Często myślę o tym wszystkim: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę można uratować kogoś przed nim samym?
Wreszcie znalazłam szczęście – nie takie jak sobie wyobrażałam kiedyś, ale prawdziwe i moje własne. Czy każda kobieta musi przejść przez piekło, żeby nauczyć się kochać siebie? Może szczęście to po prostu odwaga powiedzenia „dość” wtedy, kiedy wszyscy oczekują od nas cierpliwości?