Wczorajszy Testament: Kiedy Teściowa Dzieli Rodzinę

— To nie jest sprawiedliwe! — głos Bartka drżał, gdy wyszliśmy z salonu teściowej, a ja czułam, jak jego dłoń zaciska się na mojej. Jeszcze chwilę wcześniej siedzieliśmy wśród rodziny, wszyscy spięci, czekając na to, co powie Izabela. Moja teściowa, kobieta o stalowych oczach i głosie, który nie znosił sprzeciwu, zwołała nas wszystkich do swojego mieszkania w centrum Warszawy. Byli tam jej synowie: mój mąż Bartek i jego młodszy brat Jacek, ich żony, dzieci, nawet ciotka Zosia z Pruszkowa. Atmosfera była gęsta, jakby wszyscy czuli, że wydarzy się coś, co zmieni nasze życie na zawsze.

Izabela zaczęła mówić spokojnie, niemal chłodno. — Chciałam, żebyście wszyscy wiedzieli, jak zamierzam podzielić majątek. Nie chcę, żeby potem były nieporozumienia. — Spojrzała na każdego z nas, zatrzymując wzrok na Bartku, jakby chciała go ostrzec. — Mieszkanie w centrum zostaje dla Jacka. Bartek dostaje letni domek w Międzyzdrojach. Reszta drobiazgów — biżuteria, obrazy, trochę gotówki — rozdzielę między wnuki.

W pokoju zapadła cisza. Czułam, jak Bartek sztywnieje obok mnie. Jacek, zawsze pewny siebie, uśmiechnął się lekko, jakby już wiedział, że tak będzie. Ja natomiast poczułam, jak narasta we mnie bunt. Przecież to Bartek przez lata opiekował się matką, jeździł do niej, gdy była chora, załatwiał sprawy w urzędach, remontował mieszkanie. Jacek pojawiał się tylko od święta, zawsze zajęty, zawsze z wymówką.

— Mamo, dlaczego tak? — Bartek w końcu nie wytrzymał. — Przecież to ja byłem przy tobie, kiedy potrzebowałaś pomocy. Jacek nawet nie pamięta, kiedy ostatnio cię odwiedził.

Izabela spojrzała na niego z chłodnym spokojem. — Bartek, domek w Międzyzdrojach to też coś. Poza tym Jacek ma dzieci, potrzebuje większego mieszkania. Ty z Anią nie macie dzieci, więc letni domek wam wystarczy.

Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył. Znowu to samo — nasza bezdzietność, temat, który wracał jak bumerang. Przez lata słyszałam od teściowej aluzje, że powinniśmy się bardziej postarać, że „rodzina bez dzieci to nie rodzina”. Teraz to był argument, by dać nam mniej.

Jacek wstał, podszedł do matki i pocałował ją w policzek. — Dziękuję, mamo. To dla nas bardzo ważne. — Jego żona, Marta, rzuciła mi triumfujące spojrzenie. Zawsze rywalizowała ze mną, nawet o najdrobniejsze rzeczy. Teraz wygrała coś znacznie większego.

Bartek milczał, patrzył w podłogę. Widziałam, jak walczy ze sobą, żeby nie wybuchnąć. W końcu wstał i wyszedł z pokoju. Poszłam za nim, zostawiając za sobą szepty i ukradkowe spojrzenia.

Na klatce schodowej Bartek oparł się o ścianę. — Aniu, ja nie rozumiem. Przecież zawsze byłem dla niej. Dlaczego ona mnie tak traktuje? — Jego głos był cichy, złamany. Przytuliłam go, czując, jak jego ramiona drżą.

— Może ona po prostu nigdy nie potrafiła cię docenić — powiedziałam, choć sama nie wierzyłam w to, co mówię. W głębi duszy czułam złość, żal i bezsilność. Przez lata starałam się być dobrą synową, pomagałam, gotowałam, dzwoniłam, a teraz zostałam z niczym. Nawet nie wspomniała o mnie w testamencie.

Wieczorem, gdy wróciliśmy do domu, Bartek siedział w kuchni, patrząc w okno. — Wiesz, Aniu, myślałem, że rodzina to coś więcej niż pieniądze i mieszkania. Ale chyba się myliłem. — W jego oczach widziałam łzy, których nie chciał pokazać nawet mnie.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie Marta. — Aniu, mam nadzieję, że nie masz nam za złe. Wiesz, Jacek naprawdę potrzebuje tego mieszkania. Zresztą, domek w Międzyzdrojach to też świetna sprawa. — Jej głos był słodki, ale wyczuwałam w nim nutę pogardy.

— Nie martw się, Marta. Każdy dostaje to, na co zasłużył — odpowiedziałam, choć sama nie byłam pewna, czy to prawda.

Przez kolejne dni Bartek był nieobecny, zamknięty w sobie. Próbowałam z nim rozmawiać, ale on tylko powtarzał, że musi to przemyśleć. W pracy był rozkojarzony, w domu milczący. Zaczęłam się martwić, że ta sytuacja nas zniszczy.

W weekend pojechaliśmy do Międzyzdrojów, zobaczyć ten słynny domek. Był stary, zaniedbany, wymagał generalnego remontu. Bartek stał na werandzie i patrzył na zarośnięty ogród. — To nie jest dom, to ruina — powiedział cicho. — Mama dobrze wiedziała, że nie będę miał czasu ani pieniędzy, żeby to odnowić. To jak prezent, którego nie da się przyjąć.

Wróciliśmy do Warszawy jeszcze bardziej przygnębieni. Bartek zaczął unikać spotkań rodzinnych, nie odbierał telefonów od matki. Ja próbowałam zachować pozory normalności, ale czułam, że coś się w nas złamało.

Kilka tygodni później Izabela zadzwoniła do mnie. — Aniu, musimy porozmawiać. Bartek się ode mnie odsunął. Nie rozumiem, dlaczego. Przecież wszystko zrobiłam dla dobra rodziny.

— Może powinna pani zapytać siebie, co to znaczy „dobro rodziny” — odpowiedziałam ostrożnie. — Bo czasem to, co wydaje się sprawiedliwe dla jednych, dla innych jest krzywdą.

Po tej rozmowie długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, czy można naprawić coś, co zostało tak głęboko zranione. Czy rodzina przetrwa, gdy zabraknie zaufania i poczucia sprawiedliwości?

Bartek coraz częściej mówił o wyjeździe za granicę, o nowym początku. Ja nie wiedziałam, co robić. Czy powinniśmy walczyć o swoje, czy po prostu odejść i zostawić przeszłość za sobą?

Czasem patrzę na Bartka i widzę w jego oczach pytanie, na które nie znam odpowiedzi: „Czy warto było poświęcać się dla rodziny, która nie potrafi docenić?” Może są rzeczy ważniejsze niż mieszkanie czy domek. Może najważniejsze to nie stracić siebie nawzajem. Ale czy potrafimy jeszcze być razem, gdy wszystko wokół się rozpada?

Czy ktoś z was był w podobnej sytuacji? Jak poradziliście sobie z niesprawiedliwością w rodzinie? Może to ja nie rozumiem, co znaczy prawdziwa rodzina…