Ostatni kawałek chleba: Opowieść matki z warszawskiego blokowiska
— Mamo, to niesprawiedliwe! — krzyczy Antek, a jego głos odbija się echem od obdrapanych ścian naszego małego mieszkania na warszawskim Bródnie. — Zosia już zjadła więcej! Ja też chcę!
Siedzę na brzegu łóżka, z głową w dłoniach. Słyszę każde słowo, każde westchnienie, każde burczenie w brzuchu moich dzieci. W kuchni, na stole leży ostatni kawałek chleba. Suchy, twardy, ale dla nich to skarb. Dla mnie – powód do wstydu i rozpaczy.
— Dzieci, proszę was… — mówię cicho, ale wiem, że nie mam już siły przekonywać. Zosia patrzy na mnie wielkimi oczami. Ma tylko siedem lat, ale jej twarz już zna smutek i rozczarowanie. Antek jest starszy o dwa lata i coraz częściej widzę w nim gniew. Gniew na mnie, na świat, na ojca, który odszedł dwa lata temu i zostawił nas z długami oraz pustką.
— Mamo, kiedy będzie obiad? — pyta Zosia szeptem.
Zaciskam zęby. Nie mam odpowiedzi. W portfelu mam tylko kilka drobnych. W lodówce – światło i resztki margaryny. W głowie – tysiące myśli: jak przeżyć do końca tygodnia? Jak nie zawieść dzieci? Jak nie zwariować?
Pracuję na dwie zmiany w pobliskim sklepie spożywczym. Czasem dorabiam sprzątaniem klatek schodowych. Ale rachunki rosną szybciej niż moja pensja. Czynsz, prąd, gaz… Każdego miesiąca boję się listonosza. Boję się dzwonka do drzwi.
— Może pójdę do babci? — rzuca Antek z wyrzutem.
Wiem, co to znaczy. Moja matka mieszka na drugim końcu miasta. Sama ledwo wiąże koniec z końcem. Ale tam zawsze jest coś do jedzenia. Tam nie ma tego wstydu.
— Nie dzwoń do babci — mówię stanowczo, choć w środku czuję się jak oszustka. — Jutro coś wymyślę.
Zosia zaczyna płakać cicho. Przytulam ją mocno, czując jej drobne ramiona wokół szyi. Chciałabym powiedzieć jej coś pocieszającego, ale nie potrafię kłamać. Nie dziś.
Wychodzę na balkon zapalić papierosa. Patrzę na szare podwórko, gdzie dzieciaki grają w piłkę między zaparkowanymi samochodami. Kiedyś też tam biegałam. Kiedyś wierzyłam, że życie będzie inne.
Telefon dzwoni – to Ewa z pracy.
— Magda, możesz jutro przyjść wcześniej? Basia się rozchorowała.
— Jasne — odpowiadam bez zastanowienia. Każda godzina to kilka złotych więcej.
— Wszystko u was w porządku? — pyta Ewa ostrożnie.
Chciałabym powiedzieć jej prawdę: że nie mam czym nakarmić dzieci, że jestem zmęczona do granic możliwości, że czasem myślę o tym, żeby po prostu wyjść i nie wrócić. Ale odpowiadam tylko:
— Damy radę.
Wieczorem dzieci zasypiają szybko, zmęczone kłótnią i głodem. Siedzę przy ich łóżkach i patrzę na ich spokojne twarze. Przypominam sobie czasy, kiedy byliśmy jeszcze rodziną. Kiedy ich ojciec wracał z pracy z uśmiechem i przynosił ciepłe bułki z piekarni za rogiem. Teraz zostały tylko wspomnienia i zdjęcia schowane w szufladzie.
Czasem myślę o nim z nienawiścią – jak mógł nas zostawić? Jak mógł wybrać nowe życie gdzieś indziej? Ale potem przychodzi żal i tęsknota za tymi chwilami, kiedy byliśmy razem szczęśliwi.
Nocą długo nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok, słuchając ciszy przerywanej tylko oddechami dzieci. W głowie układam plan: jutro pójdę wcześniej do pracy, może uda mi się dostać jakieś przecenione produkty pod koniec zmiany. Może poproszę szefową o zaliczkę… Ale wiem, że to tylko łatanie dziur.
Rano budzę się przed świtem. Przez chwilę patrzę na śpiące dzieci i czuję ukłucie winy – czy one zasługują na takie życie? Czy ja jestem wystarczająco dobrą matką?
W drodze do pracy mijam sąsiadkę z naprzeciwka – panią Halinę. Zawsze uśmiechnięta, zawsze elegancka.
— Dzień dobry, Magdo! Jak dzieci?
— Dobrze… — odpowiadam wymijająco.
Widzę w jej oczach współczucie. Pewnie wie więcej niż myślę – ściany są cienkie, a plotki szybko się rozchodzą po klatce schodowej.
W sklepie rzucam się w wir pracy. Układam towar na półkach, obsługuję klientów z wymuszonym uśmiechem. Każdy grosz się liczy.
Pod koniec zmiany szefowa woła mnie do biura.
— Magda, wiem, że masz ciężko… Jeśli chcesz, możesz zabrać te produkty z krótkim terminem ważności — mówi cicho i podsuwa mi reklamówkę z chlebem i jogurtami.
Łzy napływają mi do oczu.
— Dziękuję…
Wracam do domu z torbą pełną jedzenia i poczuciem ulgi pomieszanej ze wstydem. Dzieci rzucają mi się na szyję.
— Mamo! Jesteś najlepsza!
Uśmiecham się przez łzy. Wiem, że jutro znów będziemy walczyć o każdy dzień, ale dziś… dziś mamy kolację.
Czasem zastanawiam się: ile matek w Polsce przeżywa to samo co ja? Ile z nas płacze po nocach ze strachu przed jutrem? Czy naprawdę musimy być takie silne? A może po prostu nauczyłyśmy się ukrywać swój ból?