„Moje dzieci chcą oddać mnie do domu opieki i sprzedać dom. Czy naprawdę jestem dla nich tylko ciężarem?”

— Mamo, musimy poważnie porozmawiać — głos Magdy, mojej najstarszej córki, drżał lekko, choć starała się brzmieć stanowczo. Siedziała naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, a jej brat Tomek i siostra bliźniaczka, Kasia, wymieniali nerwowe spojrzenia. W powietrzu wisiała jakaś groźba, której nie potrafiłam jeszcze nazwać.

— O czym chcecie rozmawiać? — zapytałam, choć w środku już czułam niepokój. Ostatnio coraz częściej miałam wrażenie, że dzieci są dla mnie jakieś chłodne, jakby coś planowały za moimi plecami.

— Mamo, my się o ciebie martwimy — zaczął Tomek, unikając mojego wzroku. — Jesteś sama w tym dużym domu. Ostatnio przewróciłaś się na schodach…

— To był tylko przypadek! — przerwałam mu gwałtownie. — Każdemu może się zdarzyć.

— Ale ty nie jesteś już młoda — dodała Kasia cicho. — Chcemy dla ciebie dobrze. Znalazłam bardzo dobry dom opieki pod Warszawą. Tam będziesz miała opiekę, towarzystwo…

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Dom opieki? Ja? Po tylu latach walki o rodzinę, po tylu nieprzespanych nocach, po wszystkich świętach spędzonych razem w tym domu?

Zawsze marzyłam o dzieciach. Przez osiem lat z mężem staraliśmy się o potomstwo. Lekarze rozkładali ręce, a ja płakałam nocami do poduszki. Kiedy w końcu zaszłam w ciążę z Magdą, wydawało mi się, że los się do mnie uśmiechnął. A potem okazało się, że spodziewam się bliźniąt. Byliśmy przerażeni i szczęśliwi jednocześnie. Mąż pracował na dwie zmiany w fabryce, ja dorabiałam szyciem i korepetycjami z matematyki. Nie było łatwo, ale byliśmy razem.

Kiedy dzieci dorosły i wyfrunęły z domu, zostałam sama. Mąż zmarł nagle na zawał pięć lat temu. Od tamtej pory dom wydawał się pusty, ale żyłam nadzieją na wnuki i rodzinne spotkania. Gdy Magda urodziła swoją córkę Zosię, miałam nadzieję, że znów będziemy blisko. Ale dzieci coraz rzadziej dzwoniły, coraz częściej słyszałam: „Nie mam czasu”, „Może innym razem”.

A teraz siedzą przede mną i mówią mi, że powinnam się wynieść z własnego domu.

— A co z domem? — zapytałam cicho.

— No właśnie… — Magda spojrzała na Tomka. — Myśleliśmy, żeby go sprzedać. To duży dom, wymaga remontu…

— I co? Podzielicie się pieniędzmi? — głos mi się załamał.

— Mamo! To nie tak! — Tomek aż podskoczył na krześle. — Po prostu nie dasz rady tu mieszkać sama.

Poczułam łzy napływające do oczu. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

— Czy wy naprawdę myślicie, że jestem już nikomu niepotrzebna? Że jestem tylko ciężarem?

Zapadła cisza. Kasia spuściła głowę.

— Mamo… My też mamy swoje życie. Pracę, dzieci… Nie możemy być tu codziennie.

Wstałam gwałtownie od stołu.

— Wiem! Wiem doskonale! Ale czy to znaczy, że mam spędzić resztę życia wśród obcych ludzi? Że mam patrzeć, jak ktoś obcy rozbiera mój dom cegła po cegle?

Wyszłam do ogrodu. Pachniały bzy i tulipany, które sadziłam z mężem jeszcze przed narodzinami dzieci. Każdy zakątek tego domu był pełen wspomnień: pierwsze kroki Magdy na tarasie, śmiech Tomka bawiącego się w piaskownicy pod jabłonią, łzy Kasi po pierwszej kłótni z koleżanką ze szkoły.

Usiadłam na ławce i pozwoliłam łzom płynąć swobodnie. Czułam się zdradzona przez własne dzieci. Przecież zawsze byłam dla nich – gotowa rzucić wszystko i jechać na drugi koniec miasta, gdy tylko zachorowały albo potrzebowały pomocy przy wnukach.

Wieczorem zadzwoniła Magda.

— Mamo… Przepraszam za dzisiaj. My naprawdę chcemy dla ciebie dobrze.

— Dobrze? — zapytałam gorzko. — Dla kogo dobrze? Dla mnie czy dla was?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Może powinniśmy porozmawiać jeszcze raz — powiedziała w końcu cicho.

Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym wszystkim. Czy naprawdę jestem już tylko przeszkodą w ich życiu? Czy tak kończy się matczyna miłość?

Następnego dnia przyszła sąsiadka pani Zofia.

— Słyszałam… Dzieci chcą cię oddać do domu opieki?

Pokiwałam głową.

— Wiesz… Moja Basia też kiedyś próbowała mnie namówić na taki krok. Ale powiedziałam jej: „Dopóki mam siłę chodzić po własnym ogrodzie i pić kawę na własnym tarasie – zostaję”.

Spojrzałam na nią z wdzięcznością.

Wieczorem zadzwoniła Kasia.

— Mamo… Może spróbujemy inaczej? Może ktoś mógłby ci pomagać w domu? Albo my będziemy częściej przyjeżdżać?

Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Wiedziałam już jednak jedno: nie pozwolę odebrać sobie domu ani godności bez walki.

Czy naprawdę starość musi oznaczać samotność i bycie ciężarem dla najbliższych? Czy można jeszcze odbudować więzi rodzinne zanim będzie za późno?