Cień matki: Opowieść o miłości, dumie i niewypowiedzianych słowach
— Znowu kupiliście nową zabawkę? — mój głos zadrżał, gdy patrzyłam, jak wnuczka Zosia biega po salonie z plastikowym jednorożcem. — Mamo, proszę cię, nie teraz — westchnęła Marta, moja synowa, tuląc do siebie najmłodszego, małego Antosia. Michał siedział przy stole, wpatrzony w okno, jakby wszystko działo się poza nim.
We mnie aż kipiało. Co miesiąc przelewam im pieniądze, co miesiąc słyszę, że brakuje na czynsz, na przedszkole, na lekarstwa. A potem przychodzę i widzę nowy telewizor, kolejną zabawkę, jeszcze jeden telefon. — Czy wy nie widzicie, że wyrzucacie pieniądze w błoto? — wyrwało mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Marta zacisnęła usta. — To nie twoja sprawa. My wiemy, czego nam potrzeba.
— Wiesz ile ja musiałam pracować, żebyście wy mieli lepiej? Ile razy nie jadłam obiadu, żeby kupić wam buty? — mój głos był ostry jak brzytwa, ale serce pękało. Michał milczał. Zawsze milczy, gdy trzeba coś powiedzieć.
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz zabrałam go na targ w Katowicach. Miał siedem lat i uczyłam go liczyć każdą złotówkę. — Nie możesz mieć wszystkiego od razu, synku. Musisz nauczyć się czekać. — Ale on nigdy nie nauczył się czekać. Gdy poznał Martę, wszystko się zmieniło. Ona była z tych rodzin z Zabrza, gdzie zawsze jakoś się znalazło na wszystko — na urodziny, na wycieczki, na prezenty. Myślałam, że nauczy go odpowiedzialności, ale mam wrażenie, że razem tylko pogłębiają spiralę wydatków.
— Mamo, pozwól nam żyć po swojemu — odezwał się w końcu Michał cicho, ale stanowczo. Spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczami — moim lustrem. — Jesteśmy ci wdzięczni za wszystko, ale nie możesz nas ciągle kontrolować.
Poczułam łzy pod powiekami. Nie chciałam płakać przy nich. Nie chciałam pokazać słabości. Ale nie umiałam przestać się martwić.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Leżałam w swoim łóżku w małym mieszkaniu na Ligocie i przewijałam w głowie każdą wypowiedzianą frazę. Przypomniałam sobie mojego świętej pamięci męża, Andrzeja — zawsze mnie uspokajał: „Daj im spokój, Haniu. Niech się przewrócą, to się nauczą.” Ale ja nigdy nie umiałam odpuścić.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka z dzieciństwa, Basia z Bytomia. — Znowu pokłóciłaś się z Michałem? — zapytała bez ogródek. — Wiesz, że cała klatka gada — mówią, że jesteś za surowa.
— Niech gadają co chcą — odburknęłam. — Niech spróbują wychować troje dzieci z jedną pensją i emeryturą 1800 złotych!
Ale prawda była taka, że bolało mnie to odsuwanie przez syna. Zawsze marzyłam o rodzinie jak z niedzielnych obiadów u babci: śmiech, rozmowy o wszystkim i o niczym. Zamiast tego czułam się jak bankomat na nogach.
Któregoś dnia przyszłam do nich bez zapowiedzi. Zastałam Martę płaczącą w kuchni nad stertą naczyń. Zosia rysowała serca na kartce i szeptała: „Mamusiu, nie płacz.” Podeszłam cicho: — Co się stało?
Marta spojrzała na mnie zaczerwienionymi oczami: — Straciłam pracę. Nie ma już nawet tej marnej pensji z przedszkola. Nie wiem, co teraz będzie.
W tamtej chwili cała moja złość wyparowała jak kamfora. Przytuliłam ją pierwszy raz odkąd są razem. Poczułam jak drży pod moimi rękami.
— Nie wiedziałam… Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytałam cicho.
— Nie pytałaś — odpowiedziała przez łzy.
Tego wieczoru usiedliśmy wszyscy razem przy stole — Michał, Marta, dzieci i ja. Pierwszy raz od dawna rozmawialiśmy szczerze. Powiedziałam im, jak bardzo boli mnie to poczucie bycia wykorzystywaną i niedocenianą; oni przyznali się do poczucia bezsilności i wstydu, że nie dają rady sami.
— Mamo, wiem że myślisz, że wydajemy na głupoty — powiedział Michał — ale czasem kupujemy coś dzieciom tylko po to, żeby choć na chwilę zapomniały o problemach wokół nas. Wiem, że to nierozsądne…
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy zobaczyłam ciężar bycia ojcem w tych czasach — kiedy wszystko drożeje, kiedy praca jest niepewna dla każdego, kiedy dzieci chcą więcej niż możesz dać.
Ustaliliśmy wspólnie plan: ile wydajemy, ile odkładamy; gdzie możemy sobie pomóc bez wzajemnych pretensji i żalów.
Nie było łatwo zmienić przyzwyczajeń ani im, ani mnie. Nauczyłam się milczeć widząc nową zabawkę czy batonik na stole. Oni nauczyli się pytać zanim poproszą o pomoc.
Ale najważniejsze — nauczyliśmy się rozmawiać.
Dziś siedzę na balkonie swojego mieszkania i patrzę jak Zosia i Antoś rysują kredą po chodniku pod blokiem. Serce mam spokojniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Zastanawiam się: Ile razy w życiu miłość zamienia się w gorycz tylko dlatego, że nie umiemy powiedzieć co nas boli? Ile razy duma niszczy to co najważniejsze?
A wy? Gdzie według was leży granica między pomocą a kontrolą? Czy można kochać bezwarunkowo i jednocześnie nie zatracić siebie?