Zostawił mnie, gdy nasz syn miał trzy lata. Teraz jestem czarnym charakterem w jego oczach.

— Mamo, dlaczego nie pozwoliłaś mi wtedy pojechać do taty? — głos Michała, mojego syna, przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stał w drzwiach, z plecakiem na ramieniu, gotowy do wyjścia, a ja poczułam, jak serce ściska mi się w piersi. Miał już dwadzieścia dwa lata, był dorosły, a jednak w tej chwili widziałam w nim tego małego chłopca, którego tuliłam do snu, gdy jego ojciec trzaskał drzwiami i znikał na całe tygodnie.

Nie odpowiedziałam od razu. Zamiast tego spojrzałam na niego, próbując znaleźć w sobie siłę, by nie wybuchnąć płaczem. Przez tyle lat byłam dla niego wszystkim — matką, ojcem, przyjacielem, czasem nawet wrogiem, gdy musiałam być stanowcza. A teraz, kiedy już dorósł, kiedy myślałam, że wreszcie zrozumie, ile mnie to wszystko kosztowało, on patrzył na mnie jak na winowajczynię.

Mój mąż, Andrzej, odszedł, gdy Michał miał trzy lata. Pamiętam tamten dzień jak dziś. Była zima, śnieg padał gęsto, a ja stałam w oknie, patrząc, jak jego sylwetka znika za rogiem. Nie powiedział nawet „do widzenia”. Po prostu spakował walizkę, rzucił kilka słów o tym, że „tak dalej się nie da” i wyszedł. Michał spał wtedy w swoim łóżeczku, a ja przez całą noc siedziałam na podłodze, nie mogąc uwierzyć, że zostałam sama.

Przez pierwsze miesiące nie miałam siły wstać z łóżka. Ale musiałam. Michał potrzebował mnie bardziej niż kiedykolwiek. Zaczęłam pracować na dwa etaty — rano w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątałam biura. Nie miałam wyboru. Każda złotówka była na wagę złota. Często wracałam do domu tak zmęczona, że zasypiałam w ubraniu, a Michał przykrywał mnie kocem. Był wtedy taki malutki, a już rozumiał, że mama musi pracować.

Andrzej pojawiał się od czasu do czasu. Przynosił Michałowi zabawki, czasem zabierał go na spacer. Ale nigdy nie płacił alimentów, nie interesował się, czy mamy co jeść, czy Michał jest zdrowy. Zawsze był tylko gościem w naszym życiu. A jednak Michał czekał na niego z utęsknieniem, wypatrywał go przez okno, pytał, kiedy tata znów przyjdzie. A ja musiałam tłumaczyć, że tata jest bardzo zajęty, że na pewno niedługo się pojawi. Kłamałam, żeby nie złamać mu serca.

Kiedy Michał miał osiem lat, Andrzej nagle zniknął na dobre. Przestał dzwonić, przestał przychodzić. Michał płakał nocami, a ja nie wiedziałam, jak mu pomóc. Z czasem przestał pytać o ojca, zamknął się w sobie. Wtedy postanowiłam, że zrobię wszystko, by był szczęśliwy. Zapisałam go na zajęcia sportowe, kupowałam książki, których pragnął, choć często musiałam rezygnować z własnych potrzeb. Nigdy nie miałam nowych butów, nie byłam na wakacjach, ale Michał miał wszystko, czego potrzebował.

Gdy dorastał, coraz częściej słyszałam od niego, że jestem zbyt surowa, że nie rozumiem jego problemów. Kiedy miał szesnaście lat, zaczął buntować się przeciwko wszystkiemu. Wtedy Andrzej nagle się odezwał. Zadzwonił, zaproponował Michałowi wspólny wyjazd nad morze. Bałam się, że znów go zrani, że znów zniknie bez słowa. Nie zgodziłam się. Michał miał wtedy trudny okres w szkole, potrzebował stabilizacji, a nie kolejnych rozczarowań. Powiedziałam mu, że to nie jest dobry moment. Michał był wściekły. Krzyczał, że nie pozwalam mu mieć ojca, że przeze mnie jest nieszczęśliwy.

Od tamtej pory coś się między nami zmieniło. Michał coraz częściej zamykał się w swoim pokoju, przestał ze mną rozmawiać. Czułam, jak oddala się ode mnie z każdym dniem. Próbowałam z nim rozmawiać, tłumaczyć, ale on nie chciał słuchać. Widział we mnie wroga, osobę, która zabrała mu ojca. Andrzej dzwonił coraz częściej, obiecywał złote góry, a ja wiedziałam, że to tylko słowa. Ale Michał wierzył. Chciał wierzyć, że jego ojciec się zmienił, że teraz będzie inaczej.

Kiedy Michał skończył osiemnaście lat, wyprowadził się do ojca. Nie mogłam go zatrzymać. Płakałam całą noc, patrząc na puste łóżko w jego pokoju. Andrzej przez kilka miesięcy udawał idealnego ojca — kupował Michałowi wszystko, czego chciał, zabierał go na wycieczki, chwalił się nim przed znajomymi. Ale po roku wszystko wróciło do normy. Andrzej znów zaczął znikać, a Michał został sam. Wrócił do mnie, ale już nie był tym samym chłopcem. Był rozczarowany, zgorzkniały, pełen pretensji do całego świata. I do mnie.

Teraz, gdy Michał jest dorosły, wciąż mam wrażenie, że widzi we mnie winowajczynię. Często słyszę od niego, że przez moje decyzje nie miał normalnego dzieciństwa, że nie pozwoliłam mu być blisko z ojcem. Próbuję mu tłumaczyć, że robiłam wszystko, co mogłam, że chciałam go chronić przed kolejnymi rozczarowaniami. Ale on nie chce słuchać. Dla niego to ja jestem tą złą, tą, która zniszczyła mu życie.

Czasem zastanawiam się, czy mogłam postąpić inaczej. Może powinnam była pozwolić mu jechać z Andrzejem, nawet jeśli wiedziałam, że to się źle skończy. Może powinnam była być mniej stanowcza, bardziej wyrozumiała. Ale wtedy wydawało mi się, że robię to, co najlepsze dla mojego dziecka. Teraz nie jestem już tego taka pewna.

Patrzę na Michała i widzę w jego oczach żal, którego nie potrafię już zmazać. Próbuję z nim rozmawiać, ale on coraz częściej unika mnie, zamyka się w sobie. Boję się, że stracę go na zawsze, że nigdy nie zrozumie, ile mnie to wszystko kosztowało. Czasem pytam siebie: czy naprawdę jestem tą złą? Czy można być dobrym rodzicem, jeśli dziecko widzi w tobie wroga? Czy poświęcenie matki zawsze musi być niezrozumiane?

Może kiedyś Michał zrozumie, jak bardzo go kochałam. Może kiedyś wybaczy mi moje błędy. Ale czy ja sama potrafię sobie wybaczyć? Czy każda matka musi przejść przez to piekło niezrozumienia? Jak długo jeszcze będę czekać na odpowiedź, której być może nigdy nie usłyszę?