Wyrzuciłam syna i jego żonę z domu: Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo żyłam w poczuciu winy i jak wszyscy to wykorzystywali
– Mamo, nie przesadzaj, przecież to tylko kilka miesięcy – Paweł rzucił przez zaciśnięte zęby, stojąc w kuchni z kubkiem mojej ulubionej kawy.
Patrzyłam na niego i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Marta, jego żona, siedziała przy stole i przewracała oczami, jakby była tu za karę. W moim własnym domu czułam się jak intruz. Od kiedy ich przyjęłam pod swój dach, wszystko się zmieniło. Miało być tylko na chwilę – „do czasu aż znajdą mieszkanie”, „dopóki Paweł nie znajdzie lepszej pracy”. Minęły dwa lata.
Zaczęło się niewinnie. Paweł zadzwonił późnym wieczorem:
– Mamo, możemy się na chwilę zatrzymać? Marta straciła pracę, a ja mam tylko umowę-zlecenie. Nie damy rady opłacić wynajmu.
Oczywiście, że się zgodziłam. Przecież jestem matką. Zawsze miałam poczucie winy, że nie byłam dla niego wystarczająco dobra po śmierci ojca. Pracowałam na dwie zmiany, żeby niczego mu nie brakowało. Często wracałam do domu wykończona, a on patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i pytał: „Mamo, czemu jesteś smutna?”
Teraz miałam szansę być tą matką, której kiedyś zabrakło. Ale rzeczywistość szybko mnie dogoniła.
Na początku było dobrze. Pomagałam im, gotowałam obiady, robiłam zakupy. Ale z czasem zaczęli traktować mój dom jak hotel. Marta nie sprzątała po sobie, zostawiała brudne naczynia w zlewie. Paweł całymi dniami siedział przed komputerem i narzekał na brak perspektyw. Czułam się coraz bardziej zmęczona.
Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że w salonie leżą porozrzucane ubrania, a na stole puste puszki po piwie.
– Czy wyście powariowali? – krzyknęłam. – To jest mój dom!
Marta spojrzała na mnie z pogardą:
– Przecież mówiła pani, że możemy się czuć jak u siebie.
Poczułam się upokorzona. Zaczęły się kłótnie o wszystko: rachunki, sprzątanie, nawet o to, kto może oglądać telewizję wieczorem. Paweł coraz częściej podnosił na mnie głos.
– Zawsze byłaś taka! – wykrzyczał pewnego dnia. – Nigdy nie potrafiłaś nas wspierać! Tylko pretensje i wymagania!
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez kilka dni chodziłam jak struta. W nocy nie mogłam spać – przewracałam się z boku na bok i analizowałam każde słowo. Może rzeczywiście byłam złą matką? Może powinnam jeszcze bardziej się starać?
Ale potem zaczęły dziać się rzeczy, których nie mogłam już ignorować. Z konta zaczęły znikać pieniądze – drobne kwoty, ale regularnie. Zauważyłam też, że Marta przestała szukać pracy. Paweł zaczął przynosić do domu znajomych i urządzać głośne imprezy.
Któregoś wieczoru usłyszałam rozmowę przez drzwi:
– Nie przejmuj się starą – mówiła Marta do Pawła. – I tak nic nie zrobi. Ma wyrzuty sumienia przez całe życie.
To był moment przełomowy. Poczułam wściekłość i upokorzenie. Przez lata pozwalałam innym przekraczać moje granice tylko dlatego, że czułam się winna za przeszłość.
Następnego ranka weszłam do kuchni i powiedziałam spokojnie:
– Macie dwa tygodnie na wyprowadzkę.
Paweł spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Żartujesz chyba?
– Nie żartuję – odpowiedziałam twardo. – To jest mój dom i mam prawo do spokoju.
Przez kolejne dni atmosfera była gęsta jak śmietana. Marta chodziła obrażona, Paweł próbował mnie przekonywać łzami i wyrzutami sumienia:
– Mamo, przecież jesteśmy rodziną! Jak możesz nas wyrzucić?
Ale tym razem nie ustąpiłam. Po raz pierwszy od lat poczułam się wolna od poczucia winy.
Kiedy w końcu się wyprowadzili, usiadłam na kanapie i rozpłakałam się jak dziecko. Było mi żal – nie ich, ale siebie samej. Tych wszystkich lat podporządkowanych innym ludziom, tych wszystkich nocy spędzonych na zamartwianiu się o cudze szczęście.
Dziś mieszkam sama. Czasem jest mi smutno i tęsknię za Pawłem – za tym małym chłopcem, którym kiedyś był. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu przekroczyć moich granic tylko dlatego, że czuję się winna.
Czy naprawdę bycie matką oznacza rezygnację z własnego życia? Czy można kochać i jednocześnie dbać o siebie? Czasem myślę: może dopiero teraz uczę się być dobrą matką – dla siebie samej.