Wróciłam bez słowa. To, co zobaczyłam w mieszkaniu, rozdarło mi serce — a potem wydarzyło się coś, czego nie umiem wybaczyć

„Jola, tylko nie rób scen, dobrze?” — usłyszałam jego głos, zanim jeszcze zdążyłam przekręcić klucz do końca.

Zamarłam na klatce schodowej, z siatką z Biedronki w jednej ręce i telefonem w drugiej. Serce uderzyło mi tak mocno, że aż poczułam puls w skroniach. Przecież miał być w pracy do osiemnastej. Przecież pisał mi o piętnastej: „Zebranie się przeciąga, wrócę późno”. A ja, głupia, uwierzyłam. Wzięłam wolne wcześniej, bo w przychodni odwołali mi wizytę, i pomyślałam: zrobię mu naleśniki, takie jak lubi, z twarogiem i rodzynkami. I nie powiem, że wracam. Niech się ucieszy.

„Nie rób scen” — powtórzyło mi się w głowie jak echo. Do kogo on to mówi? Do mnie? Przecież mnie nie ma.

Otworzyłam drzwi cicho, jak złodziej. W przedpokoju pachniało perfumami, których nie znałam. Nie moimi. Nie tymi z Rossmanna, które kupuję na promocji, bo zawsze jest coś ważniejszego: rachunki, buty dla Kuby, rata za pralkę. Te perfumy były ciężkie, słodkie, jakby ktoś rozlał w powietrzu obietnicę.

Z salonu dobiegał śmiech. Kobiecy. I jego, ten niski, pewny siebie śmiech, którego nie słyszałam od miesięcy, bo w domu był wiecznie zmęczony, wiecznie „nie teraz, Jola”.

Zrobiłam krok. Siatka uderzyła o podłogę, jabłka potoczyły się pod szafkę. Nikt nie zareagował. Jakby byli tak zajęci sobą, że świat przestał istnieć.

Weszłam do salonu i prawie zemdlałam.

Na naszej kanapie, tej kupionej na raty w Ikei, siedziała kobieta. W moim kocu, w tym szarym, który Kuba nazywa „kocem mamy”, bo zawsze się nim okrywam, kiedy oglądam wiadomości i udaję, że nie boję się przyszłości. Kobieta miała nogi podwinięte, jakby była u siebie. A obok niej — mój mąż, Paweł, w koszulce, której nie znosiłam, bo wyglądał w niej jak chłopak, a nie ojciec rodziny. Trzymał ją za rękę.

Nie byli nadzy. Nie było tej jednej sceny, której boją się wszystkie kobiety, bo wtedy wszystko jest jasne. Było gorzej. Była intymność codzienna, ta, która mówi: „To jest moje miejsce”.

„Jolanta…” — Paweł wstał gwałtownie, jakby go ktoś przyłapał na kradzieży. „Ty… ty miałaś być…”

„W pracy?” — mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego. „W przychodni odwołali. Wróciłam. Bez zapowiedzi. Wiesz, niespodzianka.”

Kobieta też wstała. Była młodsza ode mnie, może o dziesięć lat. Włosy miała gładkie, zadbane, paznokcie zrobione, a na palcu pierścionek. Nie obrączkę. Coś delikatnego, złotego.

„Ja… ja już pójdę” — powiedziała cicho, ale nie ruszyła się od razu. Spojrzała na Pawła, jakby czekała na jego zgodę.

I wtedy poczułam, jak w sercu gotuje się zazdrość i uraza. Jakby ktoś wlał mi do środka wrzątek. Za co oni tak z nią? Za co on tak ze mną? Czy nie kochałam swojego męża? Czy byłam złą żoną i matką dla naszego syna? Przecież ja nie uciekłam. Ja zostałam. Ja dźwigałam.

„Kim ona jest?” — zapytałam, choć odpowiedź wisiała w powietrzu jak kurz w słońcu.

Paweł otworzył usta, zamknął, jakby szukał słów, które nie będą brzmiały jak zdrada.

„To… to Anka” — powiedział w końcu. „Z pracy.”

„Z pracy?” — powtórzyłam. „Z tej pracy, w której ciągle masz zebrania?”

Anka spuściła wzrok. Nie wyglądała na skruszoną. Wyglądała na zmęczoną. Jakby to nie była jej pierwsza taka scena.

„Jola, uspokój się” — Paweł podniósł ręce w geście obrony. „To nie jest tak, jak myślisz.”

„A jak jest?” — poczułam, że drżą mi kolana. „Siedzicie na mojej kanapie, pod moim kocem, w moim domu. I mówisz do niej: ‘nie rób scen’. To do niej mówiłeś, prawda? Bo ona już robiła sceny? Bo ona ma prawo robić sceny, a ja nie?”

Wtedy usłyszałam trzask drzwi od pokoju Kuby. Nasz syn stał w progu, w skarpetkach, z rozczochranymi włosami. Miał dziesięć lat i oczy takie same jak Paweł — ciemne, uparte.

„Mamo?” — zapytał niepewnie. „Co się dzieje?”

I to był moment, w którym coś we mnie pękło. Bo mogłam znieść upokorzenie, mogłam znieść zdradę, ale nie mogłam znieść tego, że Kuba stoi i patrzy, jak jego świat się kruszy.

„Nic, kochanie” — skłamałam automatycznie. „Dorośli rozmawiają.”

Paweł spojrzał na Kubę i przez sekundę zobaczyłam w nim ojca. Tylko przez sekundę.

„Kuba, idź do siebie” — powiedział ostrzej, niż powinien. „Teraz.”

Kuba cofnął się, ale zanim zamknął drzwi, usłyszałam jego szept: „Mamo, nie płacz.”

Nie wiedziałam, że płaczę. Łzy spływały mi po policzkach same, jakby ciało płakało za mnie, bo ja byłam zbyt dumna.

Anka w końcu ruszyła w stronę przedpokoju. Minęła mnie blisko. Poczułam jej perfumy jeszcze mocniej.

„Przepraszam” — powiedziała, ale to „przepraszam” było jak moneta rzucona żebrakowi.

„Nie mnie przepraszaj” — wyszeptałam. „Tylko nie udawaj, że nie wiedziałaś.”

Zatrzymała się na moment.

„Wiedziałam” — przyznała. „Ale on mówił, że… że już dawno między wami nie ma nic.”

Paweł syknął: „Anka, nie teraz.”

I wtedy wydarzyło się coś, czego nie umiem wyrzucić z głowy do dziś.

Paweł podszedł do mnie i chwycił mnie za nadgarstek. Nie mocno, nie tak, żeby zostawić siniaki. Właśnie to było najgorsze — ten uścisk był pewny, kontrolujący, jakby mówił: „Uspokój się, bo ja tu rządzę.”

„Jola, proszę cię” — powiedział cicho, prawie łagodnie. „Nie rób tego przy Kubie. Nie rób wstydu. Pogadamy.”

Wstydu.

Jakby to ja była problemem. Jakby to moje łzy były skandalem, a nie jego ręka na cudzej dłoni.

„Puść mnie” — powiedziałam.

„Puść ją” — odezwała się Anka z przedpokoju. W jej głosie było coś ostrego. „Paweł, puść ją.”

On puścił, ale spojrzał na nią tak, jakby to ona przekroczyła granicę.

Anka wyszła. Drzwi zamknęły się cicho. Zostałam ja, Paweł i cisza, która brzmiała jak wyrok.

„No?” — zapytałam. „Powiesz mi teraz, jak to nie jest tak, jak myślę?”

Paweł usiadł na kanapie, tej samej, na której przed chwilą siedział z nią. Jakby nic się nie stało. Jakby to była zwykła rozmowa o rachunkach.

„Jola, ja nie jestem szczęśliwy” — zaczął. „Od dawna.”

„A ja jestem?” — parsknęłam. „Myślisz, że ja jestem szczęśliwa, kiedy liczę, czy starczy do pierwszego? Kiedy Kuba prosi o wycieczkę szkolną, a ja udaję, że nie słyszę, bo nie mam z czego? Kiedy ty wracasz i nawet nie pytasz, jak minął dzień?”

„Zawsze masz pretensje” — powiedział, a ja poczułam, jakby ktoś mnie uderzył. „Z tobą nie da się rozmawiać. Ty tylko… ty tylko narzekasz.”

„Bo ja żyję!” — krzyknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. „Ja żyję w tym domu, w tej kuchni, w tej szkole, w tych kolejkach do lekarza! A ty żyjesz gdzie? W pracy? W samochodzie? W jej perfumach?”

Paweł wstał i zaczął chodzić po pokoju. Zawsze tak robił, kiedy chciał wyglądać na ofiarę sytuacji.

„Nie rozumiesz” — powiedział. „Anka mnie słucha. Ona… ona mnie widzi.”

„A ja cię nie widzę?” — zapytałam ciszej. „Paweł, ja cię widziałam, kiedy nie miałeś pracy i siedziałeś w dresie, wstydziłeś się wyjść do ludzi. Ja cię widziałam, kiedy twoja mama mówiła, że jestem ‘zwykła’, że nie pasuję do ciebie. Ja cię widziałam, kiedy Kuba miał zapalenie płuc i spałam na krześle w szpitalu, a ty nie mogłeś wziąć wolnego, bo ‘szef się wkurzy’. Ja cię widziałam. Tylko ty przestałeś widzieć mnie.”

Na słowo „mama” Paweł drgnął.

„Nie mieszaj w to mojej mamy” — warknął.

I wtedy zrozumiałam, że to nie jest tylko Anka. Że to jest cały układ, w którym ja od lat byłam tą gorszą, tą, która ma być wdzięczna, że ktoś ją wybrał.

„Twoja mama zawsze mnie nienawidziła” — powiedziałam. „Bo nie byłam taka jak ona chciała. Bo nie miałam ‘lepszej rodziny’. Bo nie umiałam się uśmiechać, kiedy ona wbijała mi szpilki.”

Paweł zatrzymał się.

„Jola…” — zaczął, ale ja już nie mogłam przestać.

„Wiesz, co jest najgorsze?” — głos mi się załamał. „Nie to, że ją przyprowadziłeś. Najgorsze jest to, że ty mnie już dawno zdradziłeś, zanim ona się pojawiła. Zdradziłeś mnie, kiedy przestałeś być po mojej stronie.”

Paweł spojrzał na mnie długo. I wtedy powiedział coś, co do dziś brzmi mi w uszach.

„Może gdybyś była inna, nie musiałbym szukać spokoju gdzie indziej.”

To zdanie było jak policzek. Jak wyrok. Jak usprawiedliwienie wszystkiego.

W tym momencie usłyszałam, jak w pokoju Kuby coś spada. Potem cichy szloch. On słyszał. Słyszał, jak jego ojciec obwinia jego matkę.

Podeszłam do drzwi jego pokoju, ale Paweł stanął mi na drodze.

„Zostaw go” — powiedział. „Nie mieszaj go w to.”

„To ty go mieszasz!” — krzyknęłam. „Ty go mieszasz, kiedy sprowadzasz obcą kobietę do domu! Kiedy mówisz, że to ja jestem winna!”

Paweł zacisnął szczękę.

„Nie krzycz” — syknął. „Sąsiedzi usłyszą.”

Sąsiedzi.

Zawsze sąsiedzi. Zawsze opinia. Zawsze wstyd. Jakbyśmy żyli nie dla siebie, tylko dla tego, co powie pani Halina z dołu, co powie pan Mirek z naprzeciwka.

Wtedy poczułam, że nie mam już siły walczyć o coś, co umarło. Że ja nie mogę być jedyną, która trzyma ten dom w całości.

Odsunęłam go i weszłam do pokoju Kuby.

Siedział na łóżku, przytulony do poduszki. Kiedy mnie zobaczył, rzucił się do mnie jak małe dziecko, choć już dawno udawał, że jest dorosły.

„Mamo, ja nie chcę, żebyście się rozstali” — wyszeptał. „To przeze mnie?”

To pytanie rozdarło mnie na pół.

„Nie, kochanie” — przytuliłam go mocno. „Nigdy. To nie jest twoja wina. To jest sprawa dorosłych. I… i ja ci obiecuję, że cokolwiek się stanie, ja będę przy tobie.”

Za drzwiami stał Paweł. Czułam jego obecność jak cień.

„Kuba, idź umyć zęby” — powiedziałam, ocierając łzy. „Dobrze?”

Kuba skinął głową i poszedł do łazienki, a ja wyszłam na korytarz.

„Paweł” — powiedziałam spokojniej, choć w środku wszystko mi drżało. „Ja nie będę robić scen. Nie będę krzyczeć na klatce. Nie będę dzwonić do twojej mamy. Ale też nie będę udawać, że nic się nie stało.”

On patrzył na mnie, jakby pierwszy raz widział, że mam kręgosłup.

„Co chcesz zrobić?” — zapytał.

„Chcę, żebyś mi powiedział prawdę” — odpowiedziałam. „Nie tę wygodną. Prawdę. Od kiedy? I czy zamierzasz dalej mieszkać z nami, czy tylko korzystać z tego domu jak z hotelu, a serce trzymać gdzie indziej?”

Paweł milczał długo.

„Od kilku miesięcy” — powiedział w końcu. „Nie wiem, Jola. Ja… ja się pogubiłem.”

„Nie pogubiłeś się” — odpowiedziałam cicho. „Ty wybrałeś. Tylko nie chcesz ponieść konsekwencji.”

W tamtej chwili zrozumiałam coś jeszcze: że ja całe życie wierzyłam w przeznaczenie. Że my z Pawłem byliśmy sobie pisani, bo poznaliśmy się na dożynkach, bo tańczyliśmy do rana, bo obiecał mi, że zawsze będzie wracał. Trzymałam się tej historii jak talizmanu, kiedy było ciężko. A teraz ten talizman okazał się kawałkiem plastiku.

Poszłam do kuchni, podniosłam z podłogi jabłka, które się potoczyły. Jedno było obite. Tak jak ja.

Paweł stał w progu.

„Jola, nie rób nic pochopnie” — powiedział.

„Pochopnie?” — uśmiechnęłam się gorzko. „Ja czekałam latami, aż ty przestaniesz być obok, a zaczniesz być ze mną. To nie jest pochopne. To jest spóźnione.”

Tego wieczoru nie wyrzuciłam go z domu. Nie miałam w sobie tej teatralnej siły. Ale pierwszy raz w życiu nie poszłam spać obok niego. Położyłam się z Kubą, słuchając jego oddechu, jakby był jedyną pewną rzeczą na świecie.

A rano, kiedy Paweł wyszedł „do pracy”, usiadłam przy stole z kubkiem zimnej kawy i zaczęłam pisać na kartce: rachunki, szkoła, alimenty, mieszkanie, co dalej. Zwykłe polskie życie, tylko nagle bez złudzeń.

Najbardziej boli mnie nie to, że w naszym salonie pachniało obcymi perfumami. Najbardziej boli, że Paweł próbował mi wmówić, że to ja jestem winna temu zapachowi.

I teraz pytam siebie — i was: ile jeszcze kobiet w Polsce słyszy w czterech ścianach „nie rób scen”, kiedy to nie one zawiniły? Czy miłość naprawdę kończy się zdradą, czy zaczyna się od tego, że ktoś przestaje cię bronić?