To miało być tylko na chwilę – trzy lata w cieniu własnego życia
– Mamo, to tylko na chwilę. Obiecuję, jak tylko z Krzyśkiem ogarniemy nową pracę i mieszkanie, wszystko wróci do normy – mówiła Ania, patrząc na mnie z tym swoim błagalnym spojrzeniem. Stałam wtedy w kuchni, ścierając ręce o fartuch, a w głowie już układałam plan dnia: śniadanie dla dzieci, przedszkole, zakupy, obiad. „Tylko na chwilę” – powtarzałam sobie jak mantrę, nie wiedząc jeszcze, że ta chwila rozciągnie się na trzy długie lata.
Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. Wnuki – Zuzia i Staś – wniosły do mojego mieszkania śmiech i chaos, którego od dawna mi brakowało. Ania dzwoniła codziennie, pytała, czy sobie radzę. Krzysiek przyjeżdżał w weekendy z zakupami. Czułam się potrzebna, ważna. Ale potem telefony stawały się coraz rzadsze, a weekendowe wizyty coraz krótsze. „Mamo, musimy zostać dłużej w pracy”, „Mamo, nie damy rady dziś przyjechać” – słyszałam coraz częściej.
Z czasem zaczęłam zauważać, że moje życie przestało należeć do mnie. Moje książki pokrywał kurz, spotkania z przyjaciółkami odwoływałam jedno po drugim. Nawet ogród, który zawsze był moją dumą, zarastał chwastami. Każdy dzień wyglądał tak samo: pobudka o szóstej rano, śniadanie dla dzieciaków, walka o ubranie Zuzi w rajstopy, odprowadzanie do przedszkola i szkoły. Potem szybkie zakupy, gotowanie obiadu, pranie, sprzątanie. Po południu odrabianie lekcji ze Stasiem i zabawy z Zuzią. Wieczorem padałam na łóżko bez sił.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie Basia – moja przyjaciółka jeszcze z liceum.
– Ela, gdzie ty się podziewasz? Zniknęłaś nam zupełnie! – usłyszałam w słuchawce.
– Basia… sama nie wiem. Wszystko się jakoś rozjechało. Nie mam czasu nawet na kawę.
– Przecież ty zawsze byłaś duszą towarzystwa! Co się dzieje?
Zawahałam się. Czy powinnam powiedzieć jej prawdę? Że czuję się jak cień samej siebie?
– Wiesz… opiekuję się wnukami Ani. Miało być na chwilę, a trwa już trzy lata.
Basia westchnęła ciężko.
– Ela, musisz pomyśleć też o sobie. Nie możesz tak wiecznie żyć dla innych.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Ale jak miałam powiedzieć Ani, że nie daję już rady? Przecież ona też ma ciężko – nowa praca, kredyt na mieszkanie… Zawsze była moją ukochaną córką, a ja chciałam być dla niej wsparciem. Ale czy wsparcie nie powinno mieć granic?
Konflikty zaczęły narastać powoli. Najpierw drobne spięcia: Ania zarzucała mi, że Zuzia za dużo czasu spędza przed telewizorem. Krzysiek miał pretensje o to, że Staś nie chodzi na dodatkowe zajęcia sportowe. Czułam się oceniana i niedoceniana jednocześnie.
Pewnego dnia wybuchłam.
– Aniu! Ja naprawdę robię wszystko, co mogę! – krzyknęłam przez telefon. – Nie jestem już młoda! Chciałabym czasem wyjść do ludzi, poczytać książkę… Czy wy w ogóle widzicie, ile poświęcam?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Mamo… przepraszam. My po prostu… nie wiemy już sami, jak to wszystko ogarnąć – wyszeptała Ania.
Po tej rozmowie przez kilka dni panowała między nami niezręczna cisza. Dzieci wyczuwały napięcie – Zuzia zaczęła płakać bez powodu, Staś zamknął się w sobie. Zrozumiałam wtedy, że wszyscy jesteśmy ofiarami tej sytuacji.
Któregoś popołudnia przyszła do mnie sąsiadka pani Jadwiga.
– Eluś, ty tak zawsze dla innych… A kiedy dla siebie? – zapytała cicho.
Nie umiałam odpowiedzieć.
Zaczęłam rozważać poważnie rozmowę z Anią i Krzyśkiem o zmianie tej sytuacji. Bałam się jednak ich reakcji – czy nie uznają mnie za egoistkę? Czy nie zerwą kontaktu? W końcu zebrałam się na odwagę i zaprosiłam ich na rozmowę.
Siedzieliśmy przy stole w mojej kuchni. Dzieci bawiły się w pokoju obok.
– Kochani – zaczęłam drżącym głosem – bardzo was kocham i chcę wam pomagać. Ale ja też mam swoje życie. Potrzebuję odpoczynku i czasu dla siebie.
Ania spuściła wzrok.
– Mamo… my naprawdę nie chcieliśmy cię tak obciążyć. Myśleliśmy, że dasz radę…
– Każdy ma swoje granice – przerwałam jej łagodnie. – Może czas pomyśleć o przedszkolu dla Zuzi i świetlicy dla Stasia?
Krzysiek skinął głową.
– Masz rację. Przepraszamy cię, mamo.
Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Dzieci chodzą do przedszkola i świetlicy, a ja powoli uczę się na nowo żyć dla siebie. Spotykam się z Basią na kawie, wróciłam do czytania książek i pracy w ogrodzie. Ale wciąż czuję gdzieś w środku żal – do siebie i do nich. Czy mogłam wcześniej postawić granice? Czy bycie dobrą matką oznacza całkowite poświęcenie siebie?
Patrzę dziś w lustro i pytam samą siebie: czy można odzyskać własne życie po latach życia dla innych? A może to już zawsze będzie tylko cień dawnej mnie?